Aquaman

Kobieta, która ma wszystko… na głowie, a chce się odprężyć, wybierze się do kina sama na ponaddwugodzinny seans, zostawiając Małżonka na pastwę Dzieciom. Bilet kupi w kinie, przed seansem.

Wybrałam się na Aquamana (w reż. Jamesa Wana), bo… właściwie nic nie wiedziałam o tym filmie, poza tym, że zachwycał się nim na jednym z portali społecznościowych jeden mój znajomy, który na co dzień zajmuje się pisaniem scenariuszy gier komputerowych. Cóż, na komputerze nie gram, w inne RPGi takoż, jedyną planszówką, w jaką grywam są warcaby. Komiksów nie czytuję, ekranizacji ich też zasadniczo nie oglądam. Ale kolega zachwycał się wizualną stroną filmu i napisał, że piękne jest w nim wszystko, nawet Willem Defoe i strona wizualno-muzyczna przyćmiewa niedostatki fabuły. No dobra, to ostatnie ujął bardziej dosadnie.

Wiedząc czego mniej więcej się spodziewać wybrałam się więc do kina. I znów dylemat – 3D z dubbingiem czy 2D z napisami. Znów wybrałam to drugie… i jeśli udam mi się zobaczyć zwiastun, z którego będzie wynikało, że dubbing da się przeżyć, to może i na trójwymiarową się wybiorę, bo warto. Mówiłam, że na komiksach i ich ekranizacjach się nie znam, więc powiem, co ja widziałam w trakcie seansu, co nie ma nic wspólnego z DC czy Marvelam. Otóż ja widziałam: Harry’ego Pottera, Avatar, Władcę Pierścieni, Małą Syrenkę (w wersji aktorskiej, którą widziałam dzieckiem będąc), Diunę D. Lyncha… i pewnie parę innych filmów, których nie zapamiętałam, bo podczas seansu za dobrze się bawiłam, żeby robić notatki. No i jeszcze z powieścią Odwet oceanu Franka von Schatziga momentami mi się Aquaman kojarzył, czyli skoro przesłanie pro-ekologiczne to już o fabule mogę powiedzieć, że dobra.

Jeszcze w trakcie seansu zastanawiałam się czy warto na to zabrać Dzieci, tylko dla odmiany na wersję w trójwymiarze. Skoro jednak ja się na komiksach i ich ekranizacjach nie znam to nie wiem jak się ma Aquaman od różnych Strażników Galaktyki czy innych Ironmanów, które Dzieci z Tatą oglądały. Zapytany o zdanie Małżonek uznał, że stanowczo film jest nie odpowiedni dla jego Dzieci, bowiem to film dla kobiet… bo główną rolę gra tam seksowny mięśniak. Cóż, chyba mam gusta nietypowe, bo jeśli miałabym powiedzieć dla kogo poszłam na ten film, to tym kimś byłby Willem Defoe, który nijak seksownym mięśniakiem nie jest, za to który starzeje się o wiele ładniej niż – widziany przeze mnie ostatnio w Fantastycznych zbrodniach Grindelwalda – Johnny Depp. Czyli już wiem, że jeśli zechcę te wszystkie cudowne istoty morskie zobaczyć dookoła siebie to na seans trójwymiarowy będę musiała wybrać się sama… i czemuś nie przygnębia mnie ta perspektywa.

Reklamy
Opublikowano film | Otagowano , , , , , | Dodaj komentarz

Tort z bitą śmietaną

…postanowiłam sobie upiec. Tak jakoś co roku jak wpadnę w ciąg ciast: urodzinowych dla Dziecia, świątecznych, noworocznych to jakoś tak w styczniu wyhamować mi trudno. No i tak z rozpędu zrobiłam tort. W przeciwieństwie do ciast świątecznonoworocznych, które są mniej więcej tradycyjne, staram się, żeby tort za każdym razem był inny. Z tym że, z uwagi na to, iż nie bardzo umiem robić torty, nazwę tę rozszerzam na każde ciasto pieczone w tortownicy i jakoś ozdobione. No, może z wyjątkiem sernika, bo jednak sernik to sernik. W tym roku postanowiłam zrobić tort klasyczny. Tak w ramach nauki pieczenia biszkoptów.

Tort z bitą śmietaną na biszkopcie kakaowym

biszkopt kakaowy

6 jajek

1 szkl. drobnego cukru typu demerara

1/2 szkl. mąki orkiszowej typ 620

1/2 szkl. kakao

1 łyżeczka mąki ziemniaczanej

poncz

1/2 l wody

2 grube plastry cytryny (ze skórką)

3 grube plastry pomarańczy (ze skórką)

ponadto

1/2 l śmietanki 30% (lub bardziej tłustej) bez karagenu i innych stabilizatorów

3 łyżki cukru pudru trzcinowego

domowa konfitura z wiśni (wbrew nazwie – ze sklepu)

 

Biszkopt:

1. Żółtka oddzielić od białek, uważając by ani odrobinka żółtka nie dostała się do białek.

2. Mąki i kakao przesiać do jednego naczynia.

3. Białka miksować na najwyższych obrotach aż się ubije sztywna piana.

4. Zmniejszyć prędkość miksera i dodawać stopniowo na przemian żółtka i cukier.

5. Wyłączyć mikser i do masy dodawać stopniowo mąki, mieszając szybko i delikatnie zarazem ciasto szpatułką.

6. Gotowe wylać do tortownicy ∅26 cm o wyłożonym papierem dnie i niczym nie posmarowanej obręczy.

7. Piec w temp. 170 st. C 40-45 min. (do suchego patyczka)

8. Upieczone ciasto rzucić (wraz z tortownicą) na podłogę z wysokości 30-40 cm.

9. Ciasto wystudzić w tortownicy. Jeszcze ciepłe odciąć od obręczy, zdjąć obręcz a biszkopt położyć do góry dnem. W ten sposób góra będzie bardziej płaska.

10. Całkiem chłodny biszkopt przeciąć na dwie części (ja to zrobiłam za pomocą nici).

Poncz

Wodę z cukrem i cytrusami gotować na wolnym ogniu ok. 1 godz. Wystudzić. Odcedzić.

Śmietana

Ubijać na sztywno na szybkich obrotach miksera, następnie zwolnić obroty, dodać cukier i po króciutkiej chwili wyłączyć mikser. Czasu w minutach nie podaję, bo to zależy od sprzętu i tego trzeba samemu pilnować. Chwila nieuwagi i wychodzi masło.

Tort

1. Dolny blat nasączyć ponczem. Jeśli nie ma dzieci a dorośli nie muszą w ciągu paru godzin siadać za kierownicą świetnie sprawdzi się zamiast ponczu czysta wódka. U mnie ten numer jednak nie przejdzie, bo jedni nie piją, bo nie piją, inni ze względów zdrowotnych muszą uważać z alkoholem a jeszcze inni są za młodzi na takie desery.

2. Kiedy blat już nasiąknie, posmarować cienko konfiturą z wiśni a na to nałożyć 1/3 bitej śmietany.

3. Położyć na to drugi blat. Powtórzyć czynności wymienione w pkt. 1 i 2, resztą bitej śmietany wysmarować boki.

4. Włożyć do lodówki.

Tym razem nie próbowałam nawet udawać, że potrafię ozdobić tort. Wystarczy, że udało mi się upiec i przekroić na dwie równe części biszkopt. W dodatku śmietanę biłam odrobinę za długo, więc powoli zaczynała się rozbijać, co utrudniało jej ładne ułożenie na torcie. A efekt smakowy? Cóż, Małżonek uznał, że tort jest tak niedobry, że nie będzie narażał swojej rodziny na jedzenie czegoś takiego, więc się poświęci i zje wszystko. Ja jako ta, która zrobiła coś takiego stanowczo się na to nie zgodziłam, gotowa sama pozbyć się efektów swojej pracy. Jednak na to nie zgodziły się Dzieci, które w trosce o rodziców także przyłączyły się do konsumpcji. W ten sposób większa połowa ciasta, tak niedobrego, że nikt nie chciał by inni byli zmuszeni je jeść, jakoś niepostrzeżenie znikła.

źródło przepisu  na biszkopt: 1)

Opublikowano domowe wypieki, słodkości | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Sylwestrowo-Noworoczne przesądy

DSC03728Powiadają, że jaki Sylwester taki cały rok. Jeśli to prawda, to mój rok 2019 upłynie mi między kuchnią (na przełomie 218 i 2019 roku piekłam doroczny noworoczny keks), czytaniu nuuuudnych książek, doprowadzaniu zaczętych spraw do końca (skończyłam męczoną od miesięcy powieść) i robieniu całkiem udanych zdjęć (nie musiałam godzinami polować na ładne ujęcie fajerwerków, więc mogłam sobie długo podziwiać pokaz sztucznych ogni organizowany przez mieszkańców osiedla, dla samego podziwiania).cmętarz

Inny noworoczny przesąd to ten, że rok będzie kiepski, jeśli pierwsza w nowym roku przekroczy próg kobieta. Jako istota przesądna staram się mieć na uwadze kto pierwszy wchodzi 1 stycznia do domu. Wczoraj był to Małżonek.

Czyli w sumie jeśli wierzyć przesądom będę miała względnie udany rok. I raczej nudny… Cóż, lepszy nudny niż obfitujący w przykre zdarzenia.

keks

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , | 8 Komentarzy

Wszystkiego najlepszego w Nowym Roku

…i niech się darzy. I pogodny uśmiech  niech nigdy nie schodzi z twarzy. I niech spełniają się tylko te życzenia, których spełnienia naprawdę byśmy chcieli.

 

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Opublikowano święta | Otagowano , , | 2 Komentarze

Przedświąteczne zakupy

Ostatnie już przedświąteczne zakupy postanowiłam poczynić w piątek. Skoro najbliższa galeria handlowa znajduje się jakieś 10 minut na piechotę wybór zdawał się być najrozsądniejszy. Zdawał się… kiedy bowiem przedarłam się przez pełen samochodów parking, doszłam do galerii a w niej do supermarketu, ledwie zdążyłam wziąć parę rzeczy do koszyka usłyszałam płynący z głośników uprzejmy głos nakazujący opuszczenie galerii z powodu zagrożenia pożarowego. Zostawiwszy nieopróżniony koszyk udałam się więc wraz z tłumem do najbliższego wyjścia ewakuacyjnego. Nie zamierzałam czekać aż się wszystko skończy by sprawdzić czy alarm był prawdziwy czy to tylko ćwiczenia przeciwpożarowe. Spokojnie, ignorując sygnał zbliżających się wozów strażackich ruszyłam ku kolejnemu sklepowi, który miałam zamiar odwiedzić, odległemu o jakieś 10-15 minut drogi. Piechotą, bo z tej strony żadne środki komunikacji publicznej nie kursują. Do sklepu doszłam, nie niepokojona żadnymi alarmami kupiłam to, co kupić zamierzałam, to czego nie kupiłam w galerii kupiłam gdzie indziej, wróciłam do domu.

Święta minęły nadeszła pora zakupów poświątecznych czyli uzupełnienia takich artykułów pierwszej potrzeby jak chleb, mleko etc. Z uwagi na moje pogłębiające się przewlekłe zmęczenie zaplanowałam, że w sobotę (dla Małżonka pracującą) obiad zjemy w galerii i przy okazji tam zrobimy zakupy. Pojechałam więc z Potomstwem jeden przystanek tramwajem (droga bowiem jest mocno nierówna i w tę listopadową pogodę cokolwiek zbyt błotnista), upolowałam wolny stolik (tłok był bowiem jeszcze większy niż przed świętami), dobrałam krzesło dla Małżonka, zamówiłam naleśnika, zjadłam. Podeszłam do stoiska ze świeżo paloną kawą zakupić sobie jakąś na dobry początek roku, wróciłam do stolika i już zamierzałam dzwonić do Małżonka za zapytaniem jak daleko od galerii się znajduje, gdy ten sam kulturalny głos, który usłyszałam parę dni wcześniej poprosił wszystkich o opuszczenie galerii. Ma parkingu galeryjnym czekał już Małżonek, który odwiózł nas do domu. Na szczęście w lodówce jakaś jadalna pamiątka po świętach została, więc Małżonek tak zupełnie bez obiadu nie został, chleb zaś, kierowana kobiecą intuicją zakupiłam wcześniej. Inne niezbędne artykuły dało się kupić w pobliskich sklepach, w których nie urządza się tak często ewakuacji.

DSC03723

Ja wiem, że ćwiczenia na wypadek zagrożenia pożarowego (czy jakiegokolwiek innego) są potrzebne, choćby po to, żeby sprawdzić w jakim czasie ludzie opuszczą lokal. Ja się tylko zastanawiam dlaczego są robione w jednym miejscu w okresie przedświątecznej gorączki i to w tak krótkich odstępach czasu. Patrzę na osoby (w dużej mierze kobiety) pracujące w markecie galeryjnym, wiem, że ich zarobki nie porażają swą wysokością i że na co dzień mają i tak ciężko w pracy, a w okresach gorączki przedświątecznej jeszcze bardziej. Dlaczego więc im dokładać właśnie w tym czasie dodatkową robotę i to niemal co drugi dzień?

Opublikowano zakupy | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

Różana szarlotka

Swojego czasu robiłam szarlotkę lawendową. I to nawet nie raz. Tylko od dawna marzyła mi się różna. Nie tak robiona jak lawendowa czyli nie z różanym suszem wkomponowanym w ciasto i jabłka. Marzyła mi się taka z konfiturą z płatków róży. Tylko zazwyczaj tak było, że albo miałam konfiturę, która stanowczo zbyt szybko znikała, albo renetę na szarlotkę. Któregoś pięknego razu jednak udało mi się kupić renety kiedy jeszcze miałam pół słoiczka konfitury. Więc zrobiłam szarlotkę.

Szarlotka z różaną nutą

300 g mąki orkiszowej chlebowej (typ 720)

1/2 szkl. cukru trzcinowego typ demerara

1 jajo

1 łyżeczka bezglutenowego proszku do pieczenia

200 g masła schłodzonego + 50 do stopienia

mały słoiczek konfitury z płatków róży (albo pół większego)

sok z połowy cytryny

10 dorodnych renet (chyba że ktoś woli antonówkę)

1. Mąkę z proszkiem do pieczenia przesiać na stolnicę, w powstałym kopczyku zrobić zagłębienie i wbić w nie jajko. Dookoła rozsypać cukier i pokrojone schłodzone 200 g masła. Wszystko to polać sokiem z cytryny.

2. Mąkę z cukrem, jajkiem i masłem posiekać nożem po czym szybko zagnieść ciasto.

3. Ciasto podzielić na dwie nierówne części i włożyć na parę godzin do lodówki.

Po paru godzinach:

4. Stopić 50 g masła.

5. Renety umyć, osuszyć, obrać i utrzeć na plasterki.

6. Z lodówki wyjąć większą część ciasta, rozwałkować i włożyć do wyłożonej papierem do pieczenia tortownicy ø 26 cm. Posmarować stopionym masłem następnie konfiturą z płatków róży. Na to wyłożyć jabłka.

7. Wyjąć z lodówki drugą  część ciasta, porobić z niej wałeczki, spłaszczyć i ułożyć na jabłkach kratkę.

8. Całość włożyć do piekarnika i piec ok. 1 godziny w temp. 180 st. C.

szarlotka z różaną nutą

W sumie nie wiem, czy wrócę do tego przepisu. Czemuś poza mną wszyscy, którzy próbowali ciasta wyczuwali w nim cynamon a nie różę. Cynamonu nie dałam ani grama, w konfiturze też go nie było. Więc może następna szarlotka będzie klasyczna – z cynamonem?

Opublikowano domowe wypieki, słodkości | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Ciasteczka orzechowo-cynamonowe

Wigilie klasowe wyglądają mniej więcej tak, że rodzice deklarują co dzieć przyniesie na takową imprezę, żeby nie było powtórek. Ponieważ lubię, żeby moje jadły mniej więcej zdrowo, to piekę ciastka. Ponieważ zaś moje przewlekłe zmęczenie postępuje w tempie galopującym, musiałam wymyślić coś, co nie będzie dla mnie zbyt wielkim wysiłkiem a jednocześnie będzie smaczne. Nie wiem czy fakt zastąpienia białej mąki pszennej białą mąką orkiszową i białego cukru buraczanego cukrem trzcinowym typu demerara sprawił, że ciastka były szczególnie zdrowsze, niewątpliwie smakowały lepiej niż by smakowały z białym buraczanym cukrem. Cóż z tego, skoro Dzieć i tak na wigilii klasowej jadł wyłącznie cukierki, bo ciastka miał w domu?

Ciastka orzechowo-cynamonowe

230 g miękkiego masła

230 g drobnego cukru trzcinowego typ demerara

1 duże opakowanie lub 2 małe cukru z prawdziwą wanilią (albo ziarenka wanilii z jednej laski)

1 płaska łyżeczka dobrej soli (np. kłodawskiej)

1 średnie jajo

1 płaska łyżeczka sody oczyszczonej

250 g mąki orkiszowej typ 720 (chlebowej)

100 g mielonych orzechów laskowych

1 kopiasta łyżka cynamonu

1. Utrzeć mikserem na dużych obrotach masło z cukrem i solą.

2. Do masy wlać roztrzepane jajko. Miksować do uzyskania jednolitej konsystencji

3. Zmniejszyć obroty, dodać mąkę, sodę, orzechy i cynamon. Miksować do uzyskania gładkiej masy.

4. Gotowe ciasto wykładać łyżeczką na blachę wyłożoną papierem w dość sporych odstępach.

5. Piec w piekarniku rozgrzanym do 190 st. C (termoobieg) na złoty kolor.

6. Po wyjęciu z piekarnika chwilę trzymać na blasze, następnie przełożyć na kratkę, niech tam ostygną.

7. Zapakować do puszek.

DSC03659

Opublikowano domowe wypieki, słodkości | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Rózgi

Skoro wciąż jeszcze świętujemy Boże Narodzenie to pozostaję przy tematyce świątecznej. Konkretnie to o prezentach dzisiaj będzie, a jeszcze konkretniej to o tej mniej przyjemnej ich części. Kiedy byłam dzieckiem rózga była niemal nieodłącznym elementem prezentu mikołajkowego czy gwiazdkowego. Nie będę się upierać, że nie dostałam prezentu bez rózgi, z pewnością jednak nigdy nie dostałam rózgi bez prezentu. No i nigdy nie dostałam rózgą po tyłku ani po innej części ciała. W każdym razie w tamtych czasach przed świętami rózgę można było kupić wszędzie. Nie powiem, że do wyboru, do koloru bowiem to był PRL i o kolorach można było sobie pomarzyć a i z wyborem też bywał problem. Dość powiedzieć jednak, że rózgi można było nabyć bez problemu. Dodatek rózgi do prezentu był czymś tak oczywistym, że nigdy nie przyszło mi do głowy płakać z jej powodu. Ot, była informacją, że aż tak idealnym dzieckiem nie byłam, żeby dostać wyłącznie prezent.

Kiedy parę lat temu po raz pierwszy chciałam kupić Dzieciom pod choinkę rózgi okazało się, że muszę po Allegro i innych serwisach aukcyjnych szukać albo robić sama. Znalazłam, zakupiłam, Dzieci nieco zszokowane przyjęły rózgi. Wytłumaczyłam im to, co napisałam powyżej (no, może z wyjątkiem tego, że w przeciwieństwie do mnie, moi rodzice nie mieli problemu z kupnem tego dodatku do prezentu), więc nie robiły z tego tragedii. Wiedzą, że idealne nie są, więc rózga może być.

W tym roku ledwie się wyrobiłam z prezentem mikołajkowym, więc na szukanie rózg już nie miałam czasu. Dzieć Młodszy wykorzystał to na wycieczce, kiedy Pani zwróciła uwagę, że jak będzie tak niegrzeczny to rózgę a nie prezent dostanie. Od razu wyjaśnił, że był niegrzeczny a na mikołajki prezent był bez rózgi. A zresztą, rózgi są ładne, takie srebrne. Pani na to, że niegrzeczne dzieci dostają czarne rózgi. Dzieć jak to dzieć – nie uwierzył. W końcu wie, że rózgi są srebrne, bo takie dostawał a skoro czarnych nie widział to znaczy, że takie nie istnieją. Ponieważ Pani zasadniczo jest w porządku, czego się nie da powiedzieć o zachowaniu Dziecia Młodszego w szkole nie pozostawało mi nic innego jak poszukać czegoś na zrobienie czarnej rózgi – wszak nie mogę podważać autorytetu nauczyciela (na to przyjdzie czas jak zaczną uczyć Dzieci czegoś, co uważam za głupotę abo jeśli zaczną tępić samodzielność myślenia, jeśli dziecku zdarzy się takowa). Jedyne co znalazłam to rózgopodobne badylki mocno nabrokatowane. Badylki kupiłam, rózgi zrobiłam, Małżonek poukładał rózgi i prezenty tak, żeby te pierwsze były widoczne od razu kiedy Dzieciątka oczy otworzą, a tych drugich trzeba było poszukać. Rózgi się spodobały, prezenty szybko się znalazły… co oznacza, że owszem, rózga jako element prezentu mikołajkowogwiazdkowego może zostać, ale tylko w takim charakterze, w jakim kwiaty bywają dodatkiem do prezentu urodzinowoimieninowego – dajemy, bo tak nakazuje tradycja. Ale jako element wychowawczy – nie sprawdzają się.

rózgi

Opublikowano święta | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

Mikołaj

Tyle lat minęło, a ja wciąż pamiętam wątek z jakiegoś forum, gdzie przyszła matka zapytywała inne, czy też zamierzają też swoim dzieciom mówić te bzdury o świętym Mikołaju. Zastanawiała się, jak potem dziecko ma wierzyć rodzicom, skoro je tak okłamywali już od najmłodszych lat. Zapamiętałam ów wątek, bo pamiętam też, że kiedy odkryłam, że to rodzice zostawiają prezenty pod choinką/poduszką a nie św. Mikołaj, podzieliłam się tą informacją z koleżanką. Później od matki dowiedziałam się, że koleżanka miała o to do mnie żal. Zaufanie do rodziców straciłam z zupełnie innych przyczyn i tak szczerze mówiąc to mocno współczuję tym, dla których odkrycie, że św. Mikołaj nie istnieje było szokiem, traumą czy czymś, co spowodowało, że stracili zaufanie do rodziców. W każdym razie pod wpływem własnych doświadczeń uznałam, że dziecko (z naszego kręgu kulturowego) raczej powinno wierzyć w świętego Mikołaja i samo powinno dojrzeć do tego, że go jednak nie ma. Mam wrażenie, że proces dochodzenia do tego, że Mikołaja nie ma to chyba pierwszy proces samodzielnego myślenia i odkrywania „prawdziwego” świata u dziecka. Po tym doświadczeniu mogą mówić: ja już jestem duży/a i wiem, nie wierzę w Mikołaja. Takie przejście z przedszkola życia do szkoły podstawowej.

I nadszedł w końcu ten czas, że moje własne Potomstwo zadaje nazbyt dociekliwe pytania dotyczące tego, kto zostawia prezenty i podobnie jak ja przed laty usiłuje nie spać w nocy, żeby zobaczyć Mikołaja. Ja właśnie przez takie niespanie wyczaiłam, że to ojciec. Nie musiałam go widzieć, rozpoznałam po krokach… i już nie uwierzyłam, że Mikołaj podał mu przez balkon prezenty. Szoku nie było, po prostu stwierdziłam fakt. Teraz pytania o to, czy Mikołaj jest duchem zbywam krótkim i treściwym nie wiem; na stwierdzenie, że to ty mamo chodzisz w nocy i zostawiasz nam prezenty odpowiedziałam stosownie do okoliczności: a możesz mi przestać przeszkadzać czy chcesz mieć kolację wigilijną o północy? Niby to zbywanie, ale naprawdę byłam z przygotowaniami do Wieczerzy mocno spóźniona. A tak szczerze mówiąc to mam nadzieję, że za rok do tematu nie wrócą, że za rok już będą wiedzieć, że to ja. I że nie stracą do mnie zaufania, kiedy do nich dotrze, że przez lata ukrywaliśmy z Małżonkiem przed nimi tę prawdę.

DSC03552

Powyższe zdjęcie to coś więcej niż zwykłe zdjęcie ilustracyjne do świątecznych refleksji. Na fotografii widać najprawdziwszego świętego Mikołaja, jakiego dane mi było ujrzeć w dorosłym życiu. Po praz pierwszy zobaczyłam go na świątecznym turnieju karate, na którym było jedno z moich Dzieci. Tego samego dnia później Mikołaj w Rynku czytał dzieciom bajki i zachęcał je, by podchodziły i czytały. Które przeczytało na głos bajkę dostawało lizaki i cukierki. Jakiś czas później zobaczyłam go na filmiku z odwiedzin dzieci jednej ze szkół w hospicjum. Później jeszcze zdarzało mi się go widzieć, więc moje Dzieci mają z nim kilka zdjęć. Owszem, daleko mu do tego, którego w dzieciństwie uważałam za prawdziwego, takiego z tiarą na głowie i pastorałem w ręku, ale przynajmniej ten ma brodę prawdziwą czyli jest zdecydowanie bardziej autentyczny od tych wszystkich podróbek z doklejanym zarostem.

Opublikowano święta | Otagowano , , , , , , | Dodaj komentarz

Wesołych Świąt

DSC03630

Obrazek | Opublikowano by | 2 Komentarze