6. Urodziny

kartka urodzinowa

Obrazek | Opublikowano by | Otagowano , , | 2 Komentarze

Ulubione ciasto szefa

…tyrajmisiu.

Czyli na dzień dobry zapodałam suchara. Ale wpis jednak poświęcę nie sucharom a tiramisu. W wersji bezalkoholowej.

Tiramisu robiłam dawno temu, kiedy tylko pojawiła się moda na ten deser, czyli w czasach, kiedy prawie nie istniały polskie odpowiedniki serka mascarpone, więc na wszelki wypadek wolałam poszukać oryginału. Do zrobienia zainspirował mnie przepis na jednych biszkoptach oraz fakt, że w podziękowaniu za drobną przysługę dostałam od koleżanki butelkę amaretto, który to likier nieszczególnie przypadł mi do gustu. Jako dodatek do deseru sprawdził się. Raz czy drugi zrobiłam na imieniny w pracy, potem z okazji wizyty jeszczenieMałżonka. Z uwagi na to, że tym razem do podziału było mniej osób, w końcu się tym deserem najadłam… i zapomniałam o nim na lata. Przypomniały mi ostatnio Dzieci kiedy wybierały sobie lody i przeglądając jakie smaki mają do wyboru, zapytały: a co to jest tiramisu? Tego się nie da wytłumaczyć, to po prostu trzeba zrobić, żeby wiedziały jak deser ów powinien smakować a nie jadły jakieś podróby. Tylko, że o ile nie waham się podawać Dzieciom kawy, tak alkoholu, nawet w małych ilościach, wciąż nie daję czyli robiąc tiramisu dopuściłam się profanacji kawy, łącząc ją z syropem amaretto. Drzewiej, z uwagi na to, że pasował mi ich skład chemiczny, używałam głównie biszkoptów San, teraz, w ich braku, kupiłam włoskie – też bez syropu glukozowo-fruktozowego, oleju palmowego i tym podobnych atrakcji. Okazały się o tyle lepsze od polskich, że mniej chłonne czyli nie rozpadały się w trakcie nasączania. Serka mascarpone też użyłam włoskiego, chociaż od lat do innych rzeczy kupuję polski z Piątnicy. Ot, bałam się, że mi się masa rozpłynie. W braku brązowego cukru pudru użyłam cukru z agawy. Wiem, to sama fruktoza, ale chyba raz na czas nie zaszkodzi… zwłaszcza że mało się go dodaje.

Tiramisu (wersja bezalkoholowa)

2 opakowania biszkoptów typu kocie języczki/lady fingers

2 opakowania serka mascarpone (łącznie 500 g)

3 jajka

1/2 szkl. brązowego cukru pudru/cukru z agawy

podwójne espresso

3 łyżki syropu amaretto

gorzkie kakao do posypania

1. Zaparzyć kawę, wymieszać ją z syropem amarett, wylać do głębokiego talerza i zostawić, niech stygnie. A w tym czasie…

2. …Oddzielić żółtka od białek tak, by w białkach nie znalazła się ani odrobina żółtka.

3. Żółtka jaj ubić z cukrem na gładką, puszystą masę.

3a. Kiedy żółtka się ubijają (zakładając, że dzieje się to w mikserze, którego nie trzeba trzymać), ubić na sztywno białka z odrobiną soli.

4. Kiedy masa z żółtek z cukrem będzie już ubita na gładko, zmniejszyć obroty miksera i stopniowo dodawać serek mascarpone. Kiedy tylko składniki się połączą, wyłączyć mikser.

5. Wymieszać szpatułką masę serowo-żółtkową z pianą z białek.

6. Biszkopty zanurzać w kawie na króciutką chwilę, i układać obok siebie w wyłożonej pergaminem prostokątnej formie.

7. Na warstwę biszkoptów nałożyć grubą warstwę kremu.

8. Ułożyć drugą warstwę, powtarzając czynności z pkt 8 i 9.

9. Włożyć deser na kilka godzin (najlepiej na całą noc) do lodówki.

10. Przed podaniem posypać gorzkim kakao.

Najlepiej smakuje w towarzystwie espresso.

Opublikowano słodkości | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

Bułki sodowe

Dawno, dawno temu moja babcia robiła coś, co uwielbiałam, a co nazywaliśmy plackami sodowymi. Wiedziałam o nich tylko, że piekła je na kuchni, w sensie na płycie pieca i że były pyszne. Ponieważ ani babka nie chciała się przepisem dzielić, ani my nie mieliśmy możliwości robienia czegoś takiego z braku pieca, po prostu z żalem pożegnaliśmy się ze smakołykiem, kiedy stan zdrowia seniorki nie pozwalał jej już robić owych pyszności. Wiele lat później, kiedy odkryłam internet i fora kulinarne (dziś wiele kobiet tam brylujących ma swoje znane i uznane blogi kulinarne). Pewnego razu ktoś zapodał przepis na coś, co nazwał plackami z blachy. Robiło się jej z mąki, kefiru, sody oczyszczonej i soli a „smażyło” na suchej, wysypanej mąką patelni. W komentarzach stało: ja to znam, moja babcia to robiła, na piecu piekła. I wówczas nastąpiło olśnienie: moja babcia też to robiła. Kiedy wypróbowałam przepis uznaliśmy, że faktycznie, to było to. Może z patelni nie smakowały tak dobrze, jak z pieca, ale po latach jakie minęły od czasu, kiedy uznałyśmy, że już nie dane mi będzie ich zjeść, i tak były wspaniałe. Trudno się więc dziwić, że kiedy na fb znalazłam przepis na bułki będące słodką wersją owych placków, nie mogłam sobie odmówić przetestowania przepisu. Oczywiście dodając coś od siebie.

Waniliowe bułeczki sodowe

4 szkl. mąki orkiszowej chlebowej

ok. 450 ml kwaśnego kefiru lub maślanki

1/2 szkl. cukru kokosowego

3 małe lub 1 duże op. cukru waniliowego ew. łyżka esencji waniliowej

1 łyżeczka sody oczyszczonej

szczypta soli kłodawskiej

1. Wszystkie składniki wymieszać, zagnieść ciasto. Jeśli okaże się zbyt luźne – dosypać mąki.

2. Z wyrobionego ciasta formować kulki, układać na wyłożonej papierem blasze, spłaszczać, nacinać zanurzonym w mące nożem na krzyż.

3. Piec ok. 30 min. w temp. 180 st. C.

Z podanej proporcji wychodzi ok. 7 bułek.

DSC05432

Opublikowano domowe wypieki, śniadania | Otagowano , , , , , , | 2 Komentarze

Plan był prosty. Zbyt prosty, żeby wszystko poszło zgodnie z nim

Matka zawsze mi powtarzała, że trzeba w życiu planować. Podziwiałam ją o tyle, że zazwyczaj jak coś zaplanowała to wyskakiwało coś nieprzewidywalnego, co niweczyło te plany. Tak więc ucząc się na podstawie doświadczeń mojej matki zasadniczo nie planuję, bo wiem, że też w takich układach wszystko sprzysięga się przeciw moim planom. No, ale czasem na najbliższe godziny wypada zrobić jakiś plan. Więc w sobotę miało być tak: Dzieci idą na tańce, ja wcześniejszym pociągiem jadę do Ino, szybko zaliczam atrakcje, które miałam zamiar poznać, wracam wystarczająco wcześnie by zrobić obiad i wszyscy jesteśmy zadowoleni. I nawet czas jakiś wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że ten prosty plan da się zrealizować.

Dzieci poszły na tańce. Chwilę później wyszłam na pociąg, na który nawet udało mi się zdążyć. W Inowrocławiu tradycyjnym szlakiem poszłam do pijalni zakupić zapas wód leczniczych na najbliższe dni.

zegar słoneczny

Następnie udałam się w okolice tężni. Pochodziłam chwilę pod tężniami wdychając w wygłodniałe płuca jod.

Pochodziłam dłuższą chwilę nad tężniami, podziwiając Inowrocław z góry.

Kiedy już z powrotem sprowadziłam się do parteru udałam się na poszukiwanie wonnych ogrodów. Kiedy je znalazłam poczułam się nieco rozczarowana. Zarówno rozmiarem jak i kwiatami. Owszem, to pierwsze rozczarowanie pozostanie, bowiem ogrody się nie rozrosną, za to kiedy za czas jakiś tu wrócę, to o ile nie pojawią się jakieś przymrozki czy inne katastrofy klimatyczne jest szansa na zachwyt. Trudno bowiem o tej porze roku zachwycać się ogrodem różanym, skoro róże jeszcze nie kwitną. Rośliny z ogrodu wonnego też woni nie wydzielały, więc podejrzewam, że to jeszcze nie ich pora. W każdym razie same ogrody, choć skromnego rozmiaru, wyglądają pięknie nawet kiedy nie kwitną.

Obszedłszy ogrody uznałam, że mam jeszcze chwilę do najbliższego pociągu więc poćwiczyłam trochę w miejscowym fit parku po czym spokojnym krokiem udałam się na dworzec, zatrzymujące się na chwilę to w celu zakupienia loda o smaku zielonej herbaty (lepiej smakował niż niejedna zielona herbata jaką w życiu piłam) i zrobienia kilku zdjęć wiewiórce.

Na dworzec dotarłam w samą porę… żeby się dowiedzieć, że pociąg ma godzinne opóźnienie. Nic to, za pół godziny jest przecież kolejny, co więcej – TLK czyli pośpiech, więc i tak zdążę zrobić obiad. No, niezupełnie, bo wszystkie pociągi z tamtego kierunku mają opóźnienie. Faktycznie, kiedy już wiedziałam, że mój pociąg zwiększył opóźnienie do 90 minut, kolejny zapowiedzieli z 60-minutowym opóźnieniem czyli w sumie powinny pojawić się na dworcu o tej samej porze. Nie pojawiły się, mój pociąg zwiększył opóźnienie do dwóch godzin. Czyli ku uciesze Dzieci na obiad ojciec zamówił pizzę. Ja swoją zjadłam w galerii handlowej. Czekałam na nią dwa razy dłużej niż czekać powinnam. Już kiedyś podejrzewałam, że kiedy zamawiam z tej pizzerii pizzę do domu to czekam na nią krócej niż kiedy zamawiam na miejscu. Teraz przekonałam się, że nie wydawało mi się. Przy prawie pustym lokalu w trakcie oczekiwania na swoją widziałam kolejne wyciągane z pieca i udające się gdzieś lecz nie wiadomo gdzie. Wiadomo, że nie na mój stolik. Już wiem, że następnym razem w podobnej sytuacji wrócę do domu i z domu zamówię sobie obiad, będzie szybciej.

Opublikowano podróże małe i duże, spacery | Otagowano , , , , , , , | 6 Komentarzy

Dni Otwarte Funduszy Europejskich

…świętowaliśmy w sobotę. W budynku Urzędu Marszałkowskiego Województwa Kujawsko-Pomorskiego. DSC04832

Już przed budynkiem widać było, że coś się dzieje. Można było ułożyć się na leżaku a dzieci miały możliwość zabawy. Można było także skosztować tortu (pierwotnie był trzypiętrowy, ja przyszłam później) ufundowanego przez cukiernię Lenkiewicz. Tort miał symbolizować ten wielki europejski tort, z którego Polska otrzymuje tak wielkie porcje. Może i fanką UE nie jestem ale taka postawa, że w Unii jesteśmy bo tam torty rozdają więc bądźmy i korzystajmy niekoniecznie mi się podoba. Mimo wszystko na ten tort trzeba się składać i mimo wszystko wypadałoby spełniać standardy tego domu, do którego zostaliśmy przyjęci co jakoś nam jako państwu kiepsko wychodzi, o czym przypomniało mi stoisko reprezentujące Lasy Państwowe, ostatnio głównie znane z (nie)przestrzegania zaleceń dotyczących Puszczy Białowieskiej. Ale o takich rzeczach przy torcie się nie rozmawia, po co psuć przyjemny nastrój. Jak sam tort smakował – nie wiem, bo jakoś nie miałam ochoty na słodkie, ale zasadniczo Lenkiewicz to jest marka, więc pewnie był dobry. W każdym razie Dzieciom smakował.

Wewnątrz budynku było dużo więcej atrakcji. Jak na prawie każdej zbiorowej imprezie można było przejść krótki kurs udzielania pierwszej pomocy. To dobre i ważne, bo głównie korzystają z tego dzieci… kto wie, może zdarzy im się nabytą przy takiej okazji wiedzę wykorzystać w praktyce. Mnie w tych kursach urzekają makabreski. Czasem jest to manekin, którego głowa znajduje się w pewnym oddaleniu od korpusu, co by sugerowało, że żadna pierwsza pomoc nie jest już potrzebna, czasem – jak w przypadku sobotnich uroczystości – rekwizyty niczym z filmu grozy klasy B. Inne wrażenie robią na ochotniku wczuwającym się w ofiarę, inne – ułożone w stosik i czekające na użycie.

Z mniej makabrycznych rzeczy były: zajęcia pokazujące jak pracują z lalkami aktorzy teatru Baj Pomorski, zajęcia z robotyki dla dzieci w różnym wieku, przyjrzeć się społeczności, w której o pozycji decyduje to, czym karmią cię w pierwszych dniach życia i w której mężczyźni żyją krótko ale szczęśliwie czyli pszczołom, porobić bańki sześcienne lub stożkowe oraz przyjrzeć się innym doświadczeniom chemicznym, zrobić sobie zdjęcia z rozmaitymi rekwizytami w fotobudce. Z całą pewnością można było też skorzystać z innych atrakcji, ale Młodzież wolała w domu bajki oglądać niż wybierać się gdziekolwiek… czego już po dotarciu do budynku Urzędu Marszałkowskiego mocno żałowała.

 

Opublikowano weekend w Toruniu, weekend z dziecmi, wydarzenia | Otagowano , | Dodaj komentarz

Tylko nie mów nikomu

 

Wzorem całkiem sporej części społeczeństwa posiadającej dostęp do sieci, obejrzałam dokument braci Sekielskich. Nie wstrząsnął mną. Nie, żebym była zupełnie nieczuła, ja po prostu o tych sprawach od jakiegoś czasu czytałam, czytywałam opowieści dorosłych dziś dzieci płci obojga o zachowaniach księży czy – co zawsze bardziej mnie szokowało – o milczącej zgodzie rodziców. Czytywałam też artykuły o tuszowaniu przez Watykan wykorzystywania dzieci przez hierarchów kościelnych na całym świecie, w tym w krajach do których jeździli nawracać. Na tym tle „Nie mów nikomu” wydaje się całkiem przyzwoitą, grzeczną produkcją. Co bynajmniej nie oznacza, że nie skłaniającą do refleksji.

Pierwszym (bo według kolejności chronologicznej a nie wagi problemu), co zwróciło moją uwagę była konfrontacja. Kobieta, dziś już dojrzała, do tej pory nie może się uporać z tym, że ksiądz ją molestował. Regularnie, w pokoju, na osobności. Liczy, że konfrontacja z księdzem pozwoli jej jakoś oczyścić się we własnych oczach, że przynajmniej ksiądz zrozumie, jak bardzo ją skrzywdził i szczerze przeprosi. Spotyka zaś mocno posuniętego w latach staruszka, który – o ile dobrze zrozumiałam – nie bardzo ją kojarzy. Może nie była pierwsza ani ostatnia, więc niby dlaczego akurat ją miałby zapamiętać? A może po prostu ma już tyle lat, że chce spokoju a nie zawracania głowy. I chyba nie bardzo rozumie, że ktoś po tylu latach takie coś może jeszcze pamiętać. No, ale skoro kobieta twierdzi, że przez to żyć normalnie nie może to chyba czegoś od niego chce. Pieniędzy? Czyli: Ona – Skrzywdziłeś mnie. Przez to, co mi zrobiłeś dawno temu do dziś nie mogę normalnie żyć. On – Ale o co ci chodzi, bo nie pamiętam? O te niewinne igraszki? Przecież to nie było nic złego. Jak dla mnie tu się pojawia coś takiego jak przedmiotowe traktowanie dzieci, zwłaszcza przez starsze pokolenia. Po prostu tak jak dziecko można uderzyć jak jest nieposłuszne, tak i można mu ręce do majtek włożyć i nie ma w tym nic złego. Przynajmniej dziecko powinno uważać to za normalne. I w tym akurat przypadku nie sądzę, żeby miało to większe znaczenie czy mężczyzna jest księdzem, ojcem, dziadkiem czy wujkiem – on nie zrozumie, że takim zachowaniem mógł dziecku krzywdę zrobić. Przecież dziecko to jeszcze nie człowiek.

To, co powyżej, to tylko takie moje domniemania na podstawie tego, co czytałam, jak dawniej dzieci były traktowane czy wspomnień obecnych dorosłych, jak traktowali ich wujkowie/dziadkowie. Druga rzecz, którą uważam za ważną w filmie to zwrócenie uwagi na to, kim tak naprawdę jest pedofil, co sprawia, iż „Tylko ne mów nikomu” jest nie tyle filmem o pedofilii w Kościele, co o wykorzystywaniu seksualnym dzieci przez hierarchów kościelnych. Nie raz podkreślano, że odsetek pedofili – czyli ludzi, którzy przyjemność seksualną są w stanie czerpać jedynie z kontaktów z dziećmi jest taki sam, jak wszędzie indziej. To, co robią księża z dziećmi to po prostu zaspokajanie się najmniejszym kosztem – bo dziecko nie odmówi, nie poskarży się. Czyli o ile pedofilów można leczyć (nie wiem, czy skutecznie) o tyle postawy takich ludzi raczej zmienić się nie da. W końcu oni mają Boga po swojej stronie. Kiedy czytam komentarze po seansie ten wątek jakoś umyka a mnie się zdaje, że to warto podkreślić: większość z tych księży, którzy molestują dzieci to NIE pedofile. To mężczyźni, którzy mogliby swoje potrzeby zaspokajać w bardziej konwencjonalny sposób, ale z dziećmi im wygodniej. I przy tej okazji przypomniało mi się coś o czym czytałam dawno temu, kiedy temat molestowania seksualnego dopiero się pojawił. Było tam coś o tym, że jeśli jedyny pracodawca w ubogiej gminie wymusza seks na pracownicy 40+, spracowanej, z nadwagą etc. to nie dlatego, że ona go pociąga fizycznie. Robi to, nie po to, żeby zaspokoić żądze, co żeby pokazać, że on tu rządzi. I nie wiem czy przypadkiem przy wykorzystywaniu dzieci przez księży i ten aspekt nie gra roli. No, ale ja psychologiem nie jestem,fachowej wiedzy nie posiadam po prostu dzielę się refleksjami po obejrzeniu filmu.

Co do postawy Kościoła Katolickiego… Cóż, każda korporacja chroni swoich i pod tym względem kk nie różni się od innych potężnych instytucji. Tylko inne nie mają podstaw, żeby głosić, że reprezentują Boga. Tak więc postawa większości hierarchów zarówno tych, przedstawionych w filmie, jak i tych, którzy wystąpienia odmówili nie dziwi mnie.

Fakt, iż film mnie nie zaszokował nie oznacza, że uważam go za niepotrzebny. W końcu oglądająca większość dowie się o tym, co czytającej mniejszości wiadome jest od jakiegoś czasu. Co więcej na własne oczy zobaczy księży, którzy nie zaprzeczają istnieniu problemu nie poczuwając się przy tym do winy. Wciąż trudno mi uwierzyć w odnowę Kościoła Katolickiego ale może pod wpływem filmu choć trochę ludzi przejrzy na oczy i uwierzy. W to, że takie rzeczy jak ukazane w „Tylko nie mów nikomu” to nie incydentalne przypadki. Owszem, zdaję sobie sprawę, że  może dochodzić i do czegoś takiego, że dzieć, któremu nie zechce się chodzić na religię zamiast wyrazić to wprost powie, że nie chce, bo go (w tym akurat przypadku niewinny) ksiądz molestuje. I to też nie będzie dobre. Ale mimo wszystko – warto uczyć dzieci, że najlepiej nie mieć wspólnych tajemnic z księdzem. Z wujkiem, dziadkiem czy przyjacielem rodziny również, że po prostu pewne zachowania są złe i nie należy się na nie godzić.

Opublikowano film | Otagowano , , , , , | Dodaj komentarz

Omlet ze szparagami

Sezon na szparagi w pełni. W sumie i dobre to, i zdrowe i nawet tanie. Tylko u mnie praktycznie nikt tego nie lubi. Kupiłam sobie wiązkę zielonych z nadzieją, że dorzucę do zupy warzywnej ale się nie zmieściły. No to uznałam, że najprościej będzie zrobić sobie omlet ze szparagami. Jak postanowiłam tak zrobiłam. Chyba mój pierwszy prawdziwy omlet. Nie chciało mi się szukać przepisów, więc mam nadzieję, że to co zrobiłam rzeczywiście nim było. A jeśli nie – i tak był smaczny. Na tyle, że  – żeby nie marnować reszty szparagów – nazajutrz przetestowałam na Dzieciu Młodszym. Też mu smakowało.

omlet na patelni

Omlet ze szpararagami

2 jajka

10 szparagów

2 łyżki tartego dziugasa

masło klarowane do smażenia

Jajka ubić. Dodać do nich ser oraz umyte, obrane i pokrojone w drobne kawałki szparagi. Bez drewnianych części oczywiście. Masło rozgrzać na patelni, na rozgrzaną patelnię wylać masę jajeczną. Smażyć na małym ogniu dopóki się góra nie zetnie. Żeby się dół nie spalił nim to nastąpi, smażyć pod przykryciem. Zsunąć z patelni, złożyć na pół. Delektować się. Niby można do omletu podać chleb… ale po co?

omlet

Opublikowano bezgluten, śniadania | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Matury

Maturę zdałam dawno temu. Bez poprawek ale i bez rewelacji. Jednak ja nie o swojej. O maturach głośno od jakiegoś czasu. Najpierw, bo mogło ich nie być z uwagi na to, że nauczycielom zachciało się godnie zarabiać, jakby sam fakt realizowania programu szkolnego nie dawał im dostatecznej satysfakcji. Potem okazało się, że jednak matury się odbędą, ponieważ nauczycielom naprawdę zależy na uczniach. Kiedy jednak do matur doszło nie obyło się bez komplikacji. Jakiś sfrustrowany uczeń stworzył substancję mogącą zagrozić obecnym w salach, w których odbywały się egzaminy po czym multilokował się i substancję ową zostawił w wielu salach wielu szkół. Żeby jednak nie dopuścić do ludobójstwa wysłał email do wszystkich zagrożonych szkół, co opóźniło egzaminy. A jeszcze do niedawna o tym, że nastał już czas matur informowała jedynie przyroda. Wiadomo było – kwitną kasztany, więc znów za rok matura.

Opublikowano ładne kwiatki | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

O brakach czyli wpis bez tekstu

Ta galeria zawiera 7 zdjęć.

Galeria | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

O planach. I w nich zmianach

Poza Palmiarnią w informatorze nt. atrakcji Inowrocławia znalazłam jeszcze wonne ogrody, do których planowałam się wybrać. Podobno też odstresowujące. Rzecz w tym, że planując wyjazd majówkowy, ustaliłam, że obiad jemy poza domem, dzięki czemu spędzimy więcej czasu w Ino. Oznaczało to, że jednak na podróż wybieram dzień handlowy – tak na wypadek, gdyby się okazało, że wszystkie miejsca w Różach Fiołkach i Aniołkach zarezerwowane – wówczas wracamy wcześniej i idziemy na obiad do pobliskiej galerii handlowej. Tak się jednak paskudnie złożyło, że sobota handlowa była także sobotą deszczową, co oznaczało, że z wdychania woni wonnych ogrodów nici.

DSC04721

Skoro więc padało, to także odpadał spacer pod tężniami i pozostawało zwiedzanie powierzchni zadaszonych. Ponieważ ostatnia wizyta w palmiarni była krótka (fakt, za długo to tam nie ma co robić, ale miło posiedzieć bez presji, że gdzieś jeszcze przed odjazdem pociągu być trzeba) tym razem zatrzymałam się tam na dłużej. I przy okazji zobaczyłam, że zlokalizowana w tej samej pijalni wód Chata Kujawska była otwarta. Nigdzie nie było nikogo, kto by bilety inkasował, więc weszłam z gotowym do akcji fotoaparatem i portfelem pod ręką, na wypadek, gdyby atrakcja okazała się płatna. Chata jaka jest, każdy (kto obejrzy  zdjęcia poniżej) widzi. Zwiedzanie skansenów nie należy do moich ulubionych rozrywek, ale kilka w swoim życiu zwiedziłam (choćby Muzeum Etnograficzne w Toruniu), więc mniej więcej wiem, jak ludzie drzewiej mieszkali. Zresztą sama korzystałam w dzieciństwie ze sławojki ew. wiadra i nosiłam wodę ze studni kiedy gościłam u bliższej lub dalszej rodziny, więc średnia to dla mnie atrakcja. Dla Dzieci większa. Poza uroczo wyglądającymi lalkami w kołyskach uwagę moją zwróciły święte obrazy na niemal każdej ze ścian. Właściwie nie tyle obrazy zwróciły moją uwagę, co zwiedzający z pokolenia moich rodziców, zachwycający się nimi i ubolewający, że teraz w mieszkaniach to nawet krzyż nie zawsze wisi. Cóż, dziś trudno o wolną ścianę na takowe (czy jakiekolwiek inne) obrazy, wszak na ścianach miejsce być musi na telewizor w coraz większych rozmiarach, duży monitor od komputera (dobra, to nie na ścianie, ale obrazek skutecznie może zasłonić) czy – co rzadziej spotykane ale jednak – regały z książkami. Cóż, jaka religia takie przedmioty kultu, a dziś dominującą religią jest konsumpcjonizm.

Po wyjściu z pijalni z palmiarnią i Chatą Kujawską deszcz rozpadał się tak, że trzeba było pomyśleć o tym, gdzie jeszcze można spędzić chwilę, bo do pociągu dużo czasu a przecież na dworcu godzinami siedzieć nie będziemy. I tak znamy go już dobrze. Trafiło na kolejną pijalnię wód mineralnych tym razem należącą do Sanatorium Pod Tężniami. Zwróciłam na nią uwagę już w trakcie ostatniego pobytu, bo i ładna i magnolie przy niej kwitły. Poza tym było to ostatni zadaszone miejsce na naszej drodze do dworca, więc gdzie, jak nie tam się zatrzymać. W pijali udało mi się kupić dwie wody lecznicze, których nie zastałam tam, gdzie je zazwyczaj kupuję, zafundowałam Dzieciom czekoladę na gorąco, sobie cappucino. W środku pijalni równie pięknie jak na zewnątrz. I trochę jak w palmiarni. W palmiarni oczko wodne z karpiami koi, w pijalni – akwarium, w którym można znaleźć odpowiedzi na pytania: gdzie jest Nemo? i gdzie jest Dory? Zarówno Nemo z ojcem jak i Dory spoglądali na nas zza szyby. Nieopodal była klatka z papugami. Ponieważ te papugi nie umiały po ludzku, Latorośle próbowały rozmawiać z nimi po papuziemu, co mnie do złudzenia przypominało Dory mówiącą po waleńsku.

Pokrzepiona kawą/czekoladą, trójca nasza nieświęta mogła już poprzez deszcz ruszyć na dworzec, do pociągu. I do domu. Pomimo pogody i nie zrealizowania planów wyjazd okazał się udany.

DSC04710

 

Opublikowano podróże małe i duże | Otagowano , , , , , | Dodaj komentarz