Kształt wody

Nieczęsto sięgam po oscarowe produkcje, zwłaszcza w roku, w którym statuetkę otrzymały. Najprawdopodobniej ciekawość jak będzie wyglądał kolejny film twórcy „Labiryntu Fauna” oraz uroda okładki powieści „Kształt wody„. No i sam tytuł. Po lekturze książki i seansie filmowym doszłam do wniosku, że del Toro napisał książkę, bo film nie był w stanie oddać wszystkiego, co chciał powiedzieć. Ponieważ film obejrzałam jeszcze tego samego dnia, w którym skończyłam czytać powieść, nie sposób uwolnić się od odniesień.

„Kształt wody” w reżyserii Guillermo del Toro to piękna baśń o miłości prostej kobiety do humanoidalnego stworzenia, które dla prymitywnych ludów Amazonii było bogiem. Cała reszta, w tym zimna wojna pomiędzy USA a ZSRR, miejsce kobiety w domu mężczyzny z przerostem ego czy dyskryminacja „kolorowych” to tylko tło. Tymczasem w powieści wątek miłosny jest jednym z wielu równorzędnych wątków. Wszystko to, co w powieści miało głębszy sens tutaj zostało spłycone. Mocno ucierpiała na tym postać Richarda Stricklanda, który w filmie jawi się zwykłym psychopatą, gdy tymczasem w powieści ukazane są źródła jego stopniowego popadania w manię kontrolowania wszystkiego i chorobliwej wręcz nienawiści do złapanego przez siebie człowieka-amfibii.

Jeszcze gorzej twórcy filmu potraktowali Laine Strickland, w powieści dość wyraźnie zarysowaną postać drugoplanową. Tutaj pojawia się na chwilę niczym karykatura perfekcyjnej pani domu, niczym pin-up girl z reklamy  nowego żelazka, „dzięki któremu jeszcze szybciej i jeszcze lepiej wyprasujesz koszule swojemu mężowi”.

Postać człowieka-amfibii (w książce skrzeloczłowiek, chociaż oryginalnie to bóg ze skrzelami, co najbardziej oddawało jego charakter) też spłycona w zestawieniu z powieścią. No, ale raczej trudno oddać w filmie wewnętrzne monologi tej istoty.

Skoro już wszystkie wątki powieści zostały z filmu usunięte lub zmarginalizowane pozostaje wątek miłosny. Nie zachwycił mnie, bo nie mógł. Bo to po prostu nie moje klimaty. Owszem, jestem w stanie zrozumieć uczucia bohaterów, zwłaszcza mającej niewielkie pojęcie o życiu, samotnej, wychowanej na filmach Elisy, ale i tak wątek mnie nie zachwyca.

Przy filmie utrzymywało mnie przede wszystkim to, że wizualnie jest piękny i w dodatku dobrze zagrany. Szczególnie spodobała mi się Octavia Spencer w roli Zeldy, czarnoskórej przyjaciółki Elisy. Sama bezdzietna do młodszej koleżanki z pracy podchodziła w prawie matczyną miłością i troską i była w tym bardzo przekonująca. Nieco mniej przekonujący dla mnie był Michael Shannon w roli Stricklanda. Chyba trochę przerysował tę postać, przez co o ile w powieści wydała mi się ona wiarygodna, tutaj – na granicy karykatury.

Wiem, na filmach się nie znam, więc jestem stronnicza, ale po seansie odniosłam wrażenie, że w oscarowym wyścigu „Kształt wody” zajął pierwszą pozycję, ponieważ spełnił następujące kryteria;

– silne, choć na pozór słabe kobiety – są,

– mniejszości etniczne – są,

– osoby z niepełnosprawnościami – są,

– mniejszości seksualne – są.

I czegóż chcieć więcej? Emocji, przyciągających ludzi do kin? Tych także w filmie nie zabrakło. Więc trudno się dziwić, że Oscar went to… „The Shape of Water”. Mnie pozostaje się cieszyć, że z powieścią zapoznałam się najpierw, nie jestem bowiem pewna czy po obejrzeniu filmu chciałoby mi się ją czytać. Teraz zaś wiem, że nie przeczytawszy wiele bym straciła.

 

Informacje o Jukka Sarasti

Pełnoetatowa kura domowa.
Ten wpis został opublikowany w kategorii film i oznaczony tagami , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s