O (nie)typowych (nie)wypiekach świątecznych

Wiem, Święta Wielkanocne już dawno minęły, a mnie dopiero nachodzi na opisywanie świątecznego menu. Konkretnie jednego niewypieku; o pozostałych pisałam rok temu więc nie ma sensu się powtarzać.

Jednym z typowych ciast wielkanocnych jest pascha, czyli rodzaj sernika. Ponieważ ja jestem fanką serników, niekoniecznie widziałam potrzebę robienia zamiast czegoś znanego i dobrego czegoś nieznanego. Kiedy jednak FiK postanowił przed Świętami zrobić prezent czyteni(cz)kom swojego bloga i zamieścić własne wariacje  nt. ciast wielkanocnych, nie potrafiłam się oprzeć przepisowi na paschę jaglaną.

Tak więc ugotowałam w 3 szkl. mleka ryżowego waniliowego uprzednio wypłukaną w zimnej wodzie kaszę jaglaną. Konkretnie 1 szkl. kaszy jaglanej. Na skutek przedświątecznego zmęczenia nie zrobiłam tego jak FiK, tylko tak, jak zwykle czyli do gorącego mleka wsypałam kaszę, co jak się okaże w dalszej części, nie było chyba najlepszym pomysłem. Odstawiłam do ostygnięcia.

Chłodną już kaszę zmiksowałam z 8  łyżkami nierafinowanego oleju kokosowego oraz zawartością dwóch lasek wanilii i 4 łyżkami syropu klonowego. Taka zmiksowana jaglanka była tak smaczna, że trochę jej ubyło nim doszłam do kolejnego etapu tworzenia. I to był mój drugi błąd.

Zmiksowaną kaszę wymieszałam ze 120 g mąki kokosowej… i zorientowałam się, dlaczego tego „ciasta” nie należy podjadać w przed ukończeniem. Mąki bowiem okazało się trochę za dużo, więc mimo dokładnego mieszania ciasto okazało się bardzo kruche. Nie opłacało mi się zaś dać mniej mąki, bo to była końcówka, więc nie bardzo miałam co robić z 10-20 g mąki kokosowej. Kiedy do tak kruchego ciasta dodałam jeszcze bakalie (w ilościach dowolnych: żurawinę z sokiem z granatu, skórkę pomarańczową własnej produkcji, posiekane nieblanszowane migdały i orzechy włoskie, wiśnie suszone) to paschę naprawdę trudno było scalić.

Prawie okrągłą metalową miskę wyłożyłam tetrową pieluchą. Umieściłam rozsypującą się paschę i bardzo, bardzo dokładnie ugniotłam, przykryłam wystającymi kawałkami pieluchy i wstawiłam na noc do lodówki. Nazajutrz, po wyciągnięciu z miski i odpieluchowaniu pascha się jednak nie rozpadła… ale kroić trzeba było bardzo ostrożnie.

Mam nadzieję, że w przyszłym roku nie popełnię tych samych błędów, dzięki czemu otrzymam mniej suchy świąteczny deser. Wiem bowiem, że będę do niego wracać, bo naprawdę warto. Zdjęcia brak, bo jednak taka trochę rozpadająca się pascha cokolwiek mało fotogeniczna była. Grunt, że bardzo smaczna. Mam nadzieję, że na stałe zagości u mnie na wielkanocnym stole.

Informacje o Jukka Sarasti

Pełnoetatowa kura domowa.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „O (nie)typowych (nie)wypiekach świątecznych

  1. Pingback: O sprośnych wariacjach | Jak kura pazurem…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s