O chemii

Tym razem nie o tej, która występuje w jedzeniu, w piciu czy w powietrzu, którym oddychamy. Tym razem o tej, która bywa między ludźmi oraz o tej, którą aplikują chorym na raka, czyli konkretnie o Chemii Bartosza Prokopowicza.

Film zapragnęłam obejrzeć po tym, jak przeczytałam wywiad z reżyserem. Kidy więc tylko zobaczyłam gazetę, do której ów obraz był dodatkiem – zakupiłam ją i już nazajutrz oglądałam to dzieło. Oczywiście, już po lekturze wywiadu wiedziałam, że jestem przeciwieństwem byłej żony reżysera, że mam nieco odmienne podejście do choroby, więc podejrzewałam, że film nie zmieni mojego nastawienia. Faktycznie, nie zmienił, raczej utwierdził mnie w moim podejściu. Owszem, pokazuje, że można być chorym i kochać, pomiędzy kolejnymi dawkami chemii mieć chwile szaleństwa – i to w dwojakim tego słowa znaczeniu: zarówno w tym pozytywnym, kiedy śmieje się na przekór całemu światu, jak i szaleć z bólu i rozpaczy. Choć nieco skrótowo – bo i nie o tym przede wszystkim miał traktować obraz Prokopowicza – acz wiernie ukazano sytuację chorych na raka w realiach polskiej służby zdrowia. W każdym razie taki obraz chorowania na raka wyłania się z artykułów które czytam w prasie, z relacji samych chorych. Jak wiernie pokazał osobę walczącą z chorobą do końca – nie mnie oceniać, nie miałam takich doświadczeń. Może i to nie było jego intencją, ale zarówno w wywiadzie jak i na filmie ukazał, jak trudną dla zdrowego otoczenia osobą jest taki chory. Nie przyłączę się do chóru oskarżeń, że chciał zarobić na śmierci żony, bo aż tak komercyjny to ten film nie jest, żeby dało się na nim ciężkie pieniądze zrobić. W Chemii Prokopowicz pokazał, że nawet umierając można żyć, pragnąć, kochać… i dobrze, że to pokazał, może te osoby pełne życia, które zachorują, bądź już są chore, nie będą się czuły zmuszone do bycia umierającymi, bo przy tak poważnej chorobie jaką jest nowotwór to już wypada przywdziać żałobę po sobie i szykować się do trumny.

Czego mi zabrakło to pokazania choćby urywków z codzienności. Tej zwykłej, kiedy ból nie odbiera sił, kiedy akurat komornik nie przychodzi upomnieć się o swoje czy wyniki nie rokują szans na dalszą skuteczną terapię. Takich „nudnych” scen, z których składa się  życie,  jak robienie zakupów, spacer z dzieckiem czy wspólne jedzenie posiłków. Nie, nie musiały być długie, nie musiało być ich wiele, ale choć trochę, żeby bohaterowie nie wydawali się urwani z innej rzeczywistości. Bez tego wyszedł taki dłuższy teledysk: dużo muzyki, tańca, wybuchów emocji i praktycznie zero życia. To, że choroba postępuje, ładnie zostało pokazane za pomocą animacji ukazujących rozrastającą się tkankę nowotworu… ale może właśnie te animacje wolałabym widzieć tuż po scenie wspólnego wyjścia do kina czy wspólnego spaceru. Ot, przez chwilę zapominasz, że Lena jest chora, zdaje się, że jej świat wrócił do normy, ale on wciąż tam jest i zajmuje coraz większą przestrzeń.

Co mnie urzekło? Przede wszystkim doktor Sowa, opiekująca się Leną. Zarówno jako postać – rzeczowa, kompetentna lekarka z poczuciem humoru, jak i Danuta Stenka w tej roli. W pewnym momencie oglądałam film czekając kiedy znów się pojawi. Taki mały fragment realności w tej baśni… Druga rzecz, to humor. Nie z tego, który prowokuje długotrwałe ataki śmiechu, raczej z tych, który rozładowuje napięcie, równoważy patos niektórych scen czy wypowiedzi.

Nie powiem, że czas przeznaczony na oglądanie Chemii był czasem straconym, bo nie był. Coś jeszcze robiłam w tym czasie, więc nawet jeśli gorzej bym go odebrała, czasu przeznaczonego na oglądanie nie mogłabym uznać za zmarnowany. Co najwyżej szkoda by mi było moich oczu. Cieszę się, że zobaczyłam dzieło Prokopowicza, film bowiem utwierdził mnie w mojej postawie… choć tak naprawdę jaka ona będzie okaże się, kiedy/jeśli to ja otrzymam diagnozę. No i cieszę się, że obejrzałam, bo tym samym zaspokoiłam swoją ciekawość towarzyszącą mi od jakiegoś czasu. Gdybym jednak wybrała się na to do kina… to chyba jednak – mimo wspaniałej roli Stenki – wyjście uznałabym za stratę czasu. Mimo wszystko spodziewałam się raczej filmu niż teledysku, dostałam to drugie.

Reklamy

Informacje o Jukka Sarasti

Pełnoetatowa kura domowa.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „O chemii

  1. zosiako pisze:

    Chyba nie skuszę się na ten film. Moja odporność psychiczna jest ostatnio mocno nadgryziona i na razie wystarczy.

    • Jukka Sarasti pisze:

      Ja od dawna zgłębiam temat odchodzenia. Wszelkie książki i filmy z tym związane chłonę niczym gąbka… No, może z wyjątkiem blogu Chustki, który jakoś nie bardzo mnie kusi.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s