O eksperymentach kawowych

Kiedy mam kawę, która mi smakuje, to ją piję. Tak po prostu, z filiżanki. Gorącą, czarną i mocną. Gorzej, kiedy się skuszę na jakąś ładnie opakowaną i tanią (czyli kosztującą za pół kilo czy kilogram nieznacznie więcej niż normalnie płacę za ćwierć kilo swojej ulubionej) i potem muszę to wszystko wypić. Bo przecież wyrzucać nie będę. Wówczas jestem otwarta na rozmaite kawowe eksperymenty. Latem, kiedy słońce żyć nie dawało, to było proste – robiło się kawy mrożone i smak lodów, lodu miętowego i (nie całkiem) dowolnie wybranego słodzidła sprawiał, że kawa była całkiem smaczna. Teraz jednak, kiedy za oknami coraz chłodniej, chciałoby się czegoś gorącego. Na kawę z bitą śmietaną, stevią i lawendą moje podniebienie powiedziało: może być, jednak wątroba śmiała się z nim nie zgodzić. Doświadczenie uczy, że jednak warto słuchać wątroby, zresztą nawet podniebienie po wymianie zdań z laboratorium toksykologicznym potrafi zmienić zdanie. Czyli kawa z bitą śmietaną jednak odpada.

Dałam się jednak skusić Annie S., która zaproponowała, bym spróbowała  kawę z lawendą. Skoro – jak twierdzi – kawa z różą była dobra, to dlaczego z lawendą miałaby być gorsza? Właśnie, dlaczego by nie spróbować? Skoro taki kurczący się pęczek fioletowych kwiatków wisi mi nad oknem to warto go jakoś wykorzystać. Tylko jak? Opcja, że utłukę trochę kwiatków w moździerzu i wsypię sobie do filiżanki z kawą odpadła od razu – nie lubię jak mi co po kawie pływa. Nie ważne, czy to sproszkowane liście stevii, cynamon czy muchy. Nie lubię i już. Skoro jednak jestem szczęśliwą posiadaczką ekspresu kolbowego oraz młynka do kawy to wsypałam trochę kwiatków do młynka, zmieliłam razem z kawą i wsypałam do kolby. Doświadczeniem z lat młodości nauczona wolałam jednak pić taką kawę lawendową z mlekiem i cukrem burczanym rafinowanym melasą z karobu. Pamiętam bowiem, że jak drzewiej pijałam kawy aromatyzowane, to jeśli były czarne i gorzkie to czuć je było czystą żywą chemią i dopiero cukier sprawiał, że kawa miała smak deklarowany na opakowaniu. Kaw aromatyzowanych od dawna nie pijam, ale nauka nie poszła w las. Zwłaszcza że skądinąd wiem, iż lawenda, choć pięknie pachnąca, w smaku jest cokolwiek gorzka. Tymczasem taka biała, lekko słodka kawa delikatnie zalatująca środkiem przeciw molom wonią lawendy stanowi całkiem interesujący początek dnia. I środek. I deser poobiedni. Co nie zmienia faktu, że jak mi się już skończy ta kawa, którą teraz piję, to znów powrócę do swojego espresso. Bo po to się eksperymentuje, żeby się upewnić, że najprostsze jest najlepsze.

Reklamy

Informacje o Jukka Sarasti

Pełnoetatowa kura domowa.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „O eksperymentach kawowych

  1. chmurykultury pisze:

    Narobiłaś mi takie ochoty na kawę, że idę sobie właśnie ją zrobić! Może i nie z lawendą, bo jestem w pracy, ale z mlekiem też jest OK 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s