O poście, który z przyczyn obiektywnych nie powstał

Spojrzała w prawy dolny róg monitora. Już po dwudziestej trzeciej, czas oderwać się od przeglądania blogów i upiec w końcu ten placek ze śliwkami nim owoce zaczną nadawać się do wyrzucenia. Otworzyła stosowny przepis, wstała i wraz z laptopem przeszła do kuchni. Wyjęła z szafek brązowy cukier dark muscovado, stevię w płynie oraz mąki orkiszowe – białą i pełnoziarnistą. Z lodówki wyjęła 7 jaj, mleko, drożdże, olej rzepakowy i rozejrzała się za masłem… Owszem, było ale tylko klarowane. Trudno, o tej porze innego i tak nie zdąży kupić a i po sąsiadach chodzić, żeby pożyczyć nie będzie. Niech będzie i to klarowane.

Odmierzyła 100 g masła i postawiła na gazie do stopienia. Na drugim palniku ustawiła kubek z trzema czwartymi szklanki mleka, żeby się odrobinę podgrzało.

Zważyła pół kilo mąki: do resztek białej dodała pełnoziarnistą. Niby dla zdrowia ale wiedziała, że gdyby miała więcej białej, to cały placek byłby z tej mąki. Ładniej rośnie.

Odmierzyła pół szklanki cukru i potłukła go w moździerzu. Pamiętała, co wyszło kiedy ostatnio robiła ciasto z użyciem cukru dark muscoado i nie chciała, żeby się to powtórzyło.

Kiedy mleko odrobinę się ogrzało zrobiła zaczyn: roztarła 7 dag drożdży z łyżką cukru, 3 łyżkami mleka i odrobiną mąki. Kubek z zaczynem przykryła podstawkiem i odłożyła w ciepłe miejsce do wyrośnięcia.

Tymczasem zalała śliwki, których nazwy już nie pamiętała, ale które były nieco słodsze i nieco większe od węgierek wodą. Później zaczęła przesiewać mąkę do miski. Po co kupować razową, żeby później to wyrzucać? zadźwięczały jej w głowie słowa matki, kiedy zobaczyła na dni sitka otręby, zbyt grube, by się przedostać przez małe oczka. A po co wyrzucać? W końcu mąkę przesiewam, żeby grudek nie było – odpowiedziała w myślach matce, wrzucając otręby do miski z przesianą mąką. Niby matka prawie nigdy nie przesiewała mąki, a już na pewno nie piekła z pełnoziarnistej, ale i tak w jej ciastach nigdy nie było grudek mąki. Ale i ciasta drożdżowego nie robiła.

Kiedy już całe pół kilograma przesianej mąki znalazło się w misce przyszła kolej na jej „ulubione” oddzielanie białka od żółtek. Wbiła więc do garnka dwa całe jajka i dodała do nich żółtka z pozostałych pięciu, zastanawiając się, co zrobi z pięcioma białkami. Wyszło, że najprawdopodobniej kokosanki, bo po ostatnich doświadczeniach z bezami wolała, przynajmniej przez czas jakiś do tego pomysłu nie wracać. Tylko wiórki kokosowe trzeba by kupić, bo te co są, to chyba już zjełczałe. Do wbitych jaj wsypała cukier, dolała kilka kropli stevii i ubiła to wszystko blenderem na gładką masę. Grudek cukru na szczęście nie było, a i smak stevii nie dominował.

Sprawdziła jak ma się rozczyn. Nie wybierał się jeszcze na spacer, urósł zupełnie nieznacznie. Ale urósł, a więc nie było źle. Wlała go więc do miski z mąką, do tego dolała mleko, stopione masło, 2 łyżki olej rzepakowego i jajka z cukrem i stevią, po czym zaczęła to wszystko wyrabiać. Niby ciasto drożdżowe trzeba wyrabiać tak długo, aż zacznie odchodzić od dłoni, to jednak nijak nie chciało się od jej rąk odczepić. Więc dała sobie spokój. Ze stojącego pod oknem rulonu oderwała ściereczkę, przykryła nią ciasto i postawiła na kuchence a pod nią włączyła gaz i włączyła piekarnik, ustawiając go na 150 st. C.

Kiedy ciasto rosło, a przynajmniej miało rosnąć, wyjęła śliwki z wody na durszlak, żeby się suszyły. Następnie wyciągnęła z szafki blachę do pieczenia i wyścieliła ją pergaminem, po czym zabrała się za czytanie książki. Książka wprawdzie dobra, na szczęście jednak zbyt trudna a może po prostu zbyt wiele nieprzyjemnych wspomnień wywoływała, by mogła pogrążyć się w niej bez reszty. Po pewnym czasie więc wyjęła nieco wyrośnięte ciasto i rozłożyła równomiernie na blasze. Mniej więcej równomiernie, bo wciąż kleiło się do rąk. Blachę z tak rozłożonym ciastem ułożyła znów na kuchence, żeby szybciej rosło, grzane od spodu ciepłem rozgrzewającego się czy raczej już rozgrzanego piekarnika.

Kiedy ciasto rosło zabrała się w końcu do drylowania śliwek. Z uwagi na ich wielkość wolała dzielić je na ćwiartki niż na połówki, jak to miało miejsce przy tradycyjnych węgierkach. W trakcie drylowania rozmyślała o SMie. Nie, nie o swoim, tylko tak w ogóle. Dlaczego inne choroby mają swoje miejsce w (pop)kulturze, a SM jest znany tylko w kręgu chorych i ich rodzin. Mało to radosny temat do rozważań w trakcie pieczenia ciasta, ale i nie zawsze, a zwłaszcza nie w nocy, mogła kierować swoje myśli na odpowiednie tory. Kiedy śliwki były już wydrylowane nie zastanawiała się czy ciasto odpowiednio urosło. Po prostu ułożyła je na nim i włożyła blachę do piekarnika.

Oczekując na upieczenie ciasta pozmywała po sobie, wyjęła z lodówki schab. Pokroiła go na kotlety, te pobiła nożem (tłuczka bowiem nie posiada) i namoczyła w maślance doprawionej solą i pieprzem. Tak przygotowane schabowe włożyła do lodówki i postanowiła sprawdzić czy ciasto się już upiekło. Ponieważ w przepisie, nie wiadomo gdzie wygrzebanym, nie było mowy o czasie pieczenia, nie pozostawało nic innego jak tylko sprawdzić wykałaczką. Po kilkukrotnym wbiciu w ciasto patyczek nieodmiennie okazywał się suchy, więc wyłączyła piekarnik i wyjęła blachę z plackiem. Ujrzawszy jego piękno w całej okazałości pomyślała, że rano zrobi zdjęcie i zamieści je jako ilustrację wpisu: o przyczynie dla której nie prowadzę bloga strice kulinarnego.

Niestety, rano była tak głodna, że ukroiła sobie kawałek placka do porannej kawy. A ciasto kroiło się fatalnie – widać zbyt krótko przebywało w piekarniku. Trudno więc było zrobić zdjęcie takiego obszarpanego ciasta. Ale i tak nie traciła nadziei, że może kiedy wróci z zakupów uda się jej jako wykadrować choć kawałek, paskudnie wprawdzie wyglądającego, ale mniej więcej całego placka. Niestety, zakupy się przeciągały, więc Dzieci znalazły się w domu wcześniej niż mama. A skoro ciasto było a obiad dopiero w planach, zajęły się tym pierwszym. A zajęły się tak, że nie pozostało już nic, co by się nadawało do fotografowania. Do jedzenia na szczęście jeszcze się nadawało.

I w ten oto sposób nie powstał wpis ilustrujący przyczynę, dla której prowadzę blog o szarej codzienności kury domowej a nie blog o kulinarny. Ale ponieważ cała moja twórczość kulinarna wygląda mniej więcej podobnie, jest szansa, że ów wpis jednak powstanie.

Reklamy

Informacje o Jukka Sarasti

Pełnoetatowa kura domowa.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

14 odpowiedzi na „O poście, który z przyczyn obiektywnych nie powstał

  1. dee4di pisze:

    Czyta się to rewelacyjnie, dobrze, że nie prowadzisz bloga kulinarnego

  2. annaa72 pisze:

    Przeraził mnie początek: „Już po dwudziestej trzecie…” W tym czasie przewracam się na drugi bok. Jestem pełna podziwu, że jesteś w stanie piec o tej porze. 🙂

  3. chmurykultury pisze:

    Nawet obskrobany placek wyglądałby pysznie, bo tym opisem nadrobiłaś wszystko co byś mogła nadrobić w wątpliwej urody zdjęciu 🙂 Głodna byłam przed czytaniem wpisu, teraz to chyba umrę z głodu! Nienawidzę piec ciast, placków i innych słodkości. Przeraża mnie ilość roboty i ubijanie czegokolwiek albo sprawdzania czy rośnie czy nie itd. (bo pizza jak nie wyrośnie to na cienkim cieście też jest ok – w sumie nawet lepsza ;)) Dlatego od wypieków słodkości trzymam się z daleka, jednak Ty opisałaś to tak, że …po 1, mam ochotę wyjść z pracy i iść do domu, do kuchni i od razu wziąć się za pieczenie. Po 2, w Twoim opisie to wydaje się takie łatwe i przyjemne…

  4. zosiako pisze:

    prozaicznie- czemu moczysz kotlety w maślance?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s