O świątecznych mazurkach

Czegoś takowego się u mnie nie jadało. Rodzicielka indagowana o ten jakże tradycyjny przysmak odpowiadała, że nie lubi, bo to straszne gnioty. Kiedy raz jadła, to łyżeczkę na takim złamała. Ponieważ te sklepowe nijak nie zachęcały do kupna, bo ani na takie, co by się zjadło, ani nawet na takie, które by stół świąteczny ozdobić mogły nie wyglądały, żyła sobie Sarasti ze świadomością, że mazurki świąteczne są stanowczo nazbyt przereklamowane. Kiedy zaś była już w podeszłym wieku odkryła internet… wcześnie czemuś nie była przekonana do tych szatańskich wynalazków. Odkrycie to okazało się przełomem w podejściu Sarasti do gotowania (w paru innych kwestiach też, ale o tym może innym razem). Uczyła się więc robić wiele rzeczy, które jej rodzicielka uznała za awykonalne. Któregoś czasu znalazła przepisy na  pyszne mazurki. Oczywiście, jako istota z natury leniwa, wybrała przepis na najprostszy mazurek kajmakowy. Robiło się go w ten sposób, że na rozmrożone kupne ciasto francuskie (wówczas jeszcze nie było tych w lodówkach, tylko w zamrażarkach takie nieco bardziej porządne stały), wysypywało się groch/fasolę/ciecierzycę czy co tam jeszcze do obciążenia i piekło… Nie, nie pamiętam czasu ani temperatury, gdyż ten mazurek robiłam raz tylko i w dodatku wiele ciast temu. Pamiętam tylko, że jedynie słusznym ciastem francuskim było ciasto od Bliklego – tak stało na jednym forum kulinarnym. I faktycznie, żadnej margaryny, żadnych polepszaczy, tylko mąka i masło (i nie pamiętam z czego jeszcze ciasto francuskie składać się powinno, ale tam nie było nic ponad niezbędne minimum). I miało cudownie maślany smak i pięknie rosło dzieląc się na cieńsze od opłatka listki… jeśli mu się na to pozwoliło. No, ale mazurek to ma być gniot, więc ciasto miało być przygniecione. I kiedy takie przygniecione się upiekło i wystygło, wylewało się na niego puszkę kajmaku (np. z Gostynia, do tej pory to jedyny, który kupuję – jeśli już kupuję), dekorowało… i jadło, jadło, jadło. Zaprawdę dobry to był mazurek: kruchy, maślany i kajmakowy. I naprawdę prosty w wykonaniu. Tylko że ciasto francuskie od Bliklego bardzo trudno było dostać, a od lat nie widziałam go wcale.

Później z tymi świętami to już różnie bywało, raczej spędzane u świekrów, a tam to sobie raz pozwoliłam babkę drożdżową upiec… żebym mogła ze smakiem zjeść jakieś ciasto. Mazurków się tam, podobnie jak i u mnie nie robiło, a skoro ja miałam szpanować, że też umiem piec i żadna kucharka mi nie straszna, to przecież nie będę robić ciasta z półproduktów.

Przyszedł jednak czas, że Święta znów spędzałam w domu. Tym razem tym, w którym to ja już byłam panią domu. Ale nie były to kameralne Święta w ścisłym rodzinnym gronie, albowiem odbywał się chrzest Dziecia Młodszego. I mazurek wyszedł tak zupełnie przypadkiem. Ot, próbowałam zrobić tort temu Dzieciu, ale biszkopty to mi za bardzo nie wychodzą. Jeden dał się chyba podzielić na dwie części ale tak cienkie, że uznałam za stosowne upiec drugi. Drugi zaś zupełnie nie wyrósł. Co ciekawe – zakalcem to on nie był. Ot, upieczony ale nie wyrośnięty… czyli gniot jak znalazł na mazurek. Posmarowałam go więc kajmakiem (tak, znów z Gostynia), bo uznałam, że jak mazurek to tylko z kajmakiem, z kajmakiem, z kajmakiem, wysypałam bakaliami nie próbując nawet  ułożyć ich w jakiś mniej lub bardziej sensowny wzorek. Efektów smakowych nie pamiętam, pamiętam, że prawie nikt go nie jadł, ponieważ świekra dostarczyła na imprezę sękacz. Taki prawdziwy, cały, a nie jakiś kawałek ze sklepu. No to wiadomo, przy takim sękaczu wszystkie starania bledną… Nawet do dom goście dostali po kawałku sękacza i nic innego nie chcieli. Bo i po co, skoro mieli własne świąteczne wypieki…

mazurek1Potem nadszedł taki czas, że Sarasti dokonała epokowego odkrycia. Odkryła mianowicie blog FiKa. Od tego czasu blog Sarasti to głównie mniej lub bardziej twórcze przeróbki przepisów z tamtego bloga. No, ale jak coś jest dobre, to trzeba się tym dzielić. I na niedługo przed Świętami na FiKowym blogu pojawił się przepis na wspaniały, świąteczny mazurek. I tylko nie wiedzieć czemu FiK odżegnuje się od tego, jakoby ów niewypiek był mazurkiem. Wszak w przepisie na spód napisano wyraźnie, że składniki: 130 g mąki orzechowej lub nasiennej (u mnie lniana), 150 g daktyli bez pestek (u mnie własnoręcznie wypestkowane świeże irańskie), 130 g surowego kakao i 65 g oleju kokosowego tłoczonego na zimno po dokładnym wymieszaniu (Sarasti, wiecznie zmęczona gospodyni domowa wyręczyła się mikserem) należy równomiernie rozłożyć na blasze i dokładnie ugnieść. No to jak dokładnie ugnieść, to znaczy, że gniot, prawda? W ten oto sposób FiK udowadnia, że nie każdy gniot musi robić wyłącznie za ozdobę stołu. Jego niewypieki, które wszak także są gniotami (tak, bo wszystkie przed włożeniem na noc do lodówki trzeba dokładnie ugnieść, co więcej w tej lodówce wcale nie stają się pusztste) robią akurat za rozkosz dla podniebienia… podejrzewam, że nie tylko mojego. Tak więc jeśli na ten gniot wylać solony kajmak własnej roboty i ułożyć jakiś świąteczny wzorek, to jak raz otrzyma się świąteczny mazurek. Najlepszy pod słońcem.

Tym, którym bliższe jest malarstwo realistyczne niż abstrakcyjne wyjaśniam, że to, co jest na mazurku to bazie. No dobra, niech będzie: migdały przedstawiające bazie. I nerkowce udające motylki. Nic na to nie poradzę, że jak bym się nie starała realistycznie malować, i tak wychodzi mi abstrakcja… co przy (nie)wypiekach nie ma większego znaczenia, bo o ile nie uwiecznię jej na fotografii, to i tak rychło śladu po niej nie ma.

Advertisements

Informacje o Jukka Sarasti

Pełnoetatowa kura domowa.
Ten wpis został opublikowany w kategorii bezgluten, słodkości i oznaczony tagami , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

6 odpowiedzi na „O świątecznych mazurkach

  1. Szymon pisze:

    Piękna fota i bardzo się cieszę, że smakowało 🙂

  2. Mazurek to Ci wyszedł niczego sobie 🙂 Dekoracja mi się podoba, bo to mniej więcej mój poziom zdolności plastycznych 😉 Przepis fajny, muszę częściej przygotowywać dania bezglutenowe,choć pewnie przyjdzie mi je zjadać samej 😦

    • jukkasarasti pisze:

      Dzięki, miło znać dekoratorkę równą sobie 🙂
      Mój M. też jest zwolennikiem kuchni tradycyjnej, ale niektóre bezgluty zjada bez zastrzeżeń. W tym konkretnym przypadku wystarczy lubić czekoladę 😉 Zresztą, jak zrobisz i spróbujesz, to może będziesz się modlić, żeby drugiej połówce nie smakowało 😉

      • Mój (też M.) mąkę gryczaną wyczuwa na odległość kilometra, ale zmielone orzechy pewnie by zjadł. Koniecznie muszę spróbować, bo zapowiada się apetycznie

      • jukkasarasti pisze:

        Ze zbożowych chyba najmniej charakterystyczne są jaglana i ryżowa. Ale już nie pieczone słodycze z mąk orzechowo-nasiennych to zupełnie inna para kaloszy. Trzeba tylko wiedzieć, jakie orzechy i nasiona się lubi.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s