O opuszczaniu Rodziny

Czasem zdarza się, że nawet taka udomowiona kura jak ja musi gdzieś wybyć w godzinach popołudniowych i wracać dopiero we wczesnonocnych. Wczesnonocne godziny to takie, w których normalni ludzie jeszcze nie śpią ale mocno małoletni już tak. Więc żeby nie skazywać Potomstwa i Małżonka na śmierć głodową, potrzeba było coś wcześniej przygotować. Tak jakoś się u nas utarło, że piątki są zasadniczo bezmięsne, a najlepiej jak są rybne. No dobra, nie tylko u nas się tak utarło, wszak to stara, nieświecka tradycja… Dziś więc postanowiłam zrobić naleśniki ze szpinakiem i tuńczykiem. Nadal powoli zbliżając się do bezgluta testuję przepisy na takie właśnie naleśniki. Już wiem, że gryczane lubię, więc dla odmiany postanowiłam zrobić naleśniki z mąki z ciecierzycy. Robiąc wzorowałam się na tych przepisach. Tylko ja potrzebowałam trochę więcej niż 4 naleśniki, więc proporcje u mnie wyglądały mniej więcej tak: 3 całe jaja i jedno białko (żółtko musiałam użyć gdzie indziej) rozbełtałam w misce. Do tego dodawałam stopniowo 10 łyżek mąki z ciecierzycy, cały czas ubijając rózgą i dolewając po trochu gazowaną wodę mineralną, tak aby ciasto osiągnęło stosowną konsystencję. Kiedy udało mi się wreszcie ten stan rzeczy osiągnąć smażyłam naleśniki. Z obu stron. Niby cztery to miało być za mało, ale z mojej proporcji wyszło mi raptem pięć. Fakt, moja patelnia naleśnikowa jest duża.

Na każdy z naleśników nakładałam farsz szpinakowo-tuńczkowy. Farsz ów robi się w sposób następujący: dusi się kila cebul (tym razem były to dwie) do miękkości. Żeby szybciej miękły można trochę posolić. Kiedy cebula jest już miękka wrzuca się do niej mrożony szpinak (wiem, fajniej by było gdyby był świeży, ale nawet jakby spotkała taki o tej porze roku to bym nie kupiła). Szpinak ma być liściasty a nie rozdrobniony. Kiedy szpinak już odtaje dodaje się do niego puszkę tuńczyka osączonego z sosu własnego. Tuńczyk też oczywiście w kawałkach ma być. Ja używam Lisnera, bo kiedyś w teście fundacji Pro-test wyczytałam, że jest jednym z tych o mniejszej zawartości rtęci. Które to były o najmniejszej ilości to już nie pamiętam, więc wiernie trwam przy Lisnerze. Całą tę paskudnie zieloną breję doprawić należy jeszcze pieprzem oraz świeżo wyciśniętym czosnkiem i dusić tak długo, by stanowiła w miarę zwarty farsz do naleśników.

Kiedy więc usmażyłam wszystkie pięć naleśników nakładałam na ich środek farsz po czym zawijałam je w pakuneczki a te układałam po dwa na wysmarowanych masłem małych prostokątnych naczyniach do zapiekania. Piąty zaś zjadłam. Bez szczególnego entuzjazmu. Takie pakuneczki piekłam przez jakieś 20 min. w piekarniku rozgrzanym do 180 st. C, po czym obniżyłam temperaturę do 50 st., posypałam tartym żółtym serem, zamknęłam piekarnik i spokojnie mogłam opuścić mieszkanie, mając pewność, że kiedy Dzieci przyprowadzą Małżonka z pracy… albo on je z przedszkola, to będą miały ciepły posiłek (nie nazwę go, bo dla każdego z domowników posiłek około godziny 17. inną nazwę nosi). Kiedy wróciłam po kilkugodzinnej nieobecności do dom czekały na mnie jeszcze dwa naleśniki a Małżonek w imieniu swoim i Dzieci postulował, żeby więcej naleśników z tej mąki im nie robić. Sam zjadł posiłek albowiem był głodny. Cóż, sama będę musiała wykończyć resztę tej mąki.Kupiłam to i zjeść muszę. Ale więcej już raczej nie kupię. Zechce mi się ciecierzycy to sobie kupię taką w zalewie w słoiku. Zresztą nawet taka smakowała zazwyczaj tylko mnie, więc nie wiem czego się spodziewałam po tej mące. Nieważne. Zaspokoiłam już swoją ciekawość, a to też istotne. Jak pisze Regina Brett w swojej najnowszej książce Kiedy nie dostajesz tego, co chcesz, dostajesz coś lepszego – doświadczenie*. Więc bogatsza o nowe doświadczenie, kiedy znów będę musiała opuścić mieszkanie na  pół dnia i pół nocy przyszykuję naleśniki z tuńczykiem (może tym razem bez szpinaku) z mąki orkiszowej, z dodatkiem np. amarantusowej. Albo wymyślę coś jeszcze innego.

*Regina Brett Bóg zawsze znajdzie Ci pracę. 50 lekcji jak szukać spełnienia, Wydawnictwo Insignis, 2014, Lekcja pierwsza

Advertisements

Informacje o Jukka Sarasti

Pełnoetatowa kura domowa.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „O opuszczaniu Rodziny

  1. lilit8 pisze:

    Jesteś idealną Panią Domu! Ja, opuszczając rodzinę na kilka godzin, liczę po powrocie na gotowy posiłek i dla mnie, taki nie przeze mnie wcześniej przygotowany… 😉

    • jukkasarasti pisze:

      Dzieci w wieku przedszkolnym nic nie ugotują. Małżonek też nawet wody na herbatę nie potrafi zagotować, więc w kwestiach kulinarnych mogę liczyć tylko na siebie. I dobrze, bo niczyja kuchnia mi tak nie smakuje jak moja własna 😀

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s