O wilkołakach

Zasadniczo od wilkołaków zawsze wolałam wampiry. Do tych pierszych chyba zraziła mnie pierwsza część Akademii Pana Kleksa, na której zawsze panicznie się bałam scen z przemarszem armii wilkołaków. Niestety, film ów zmuszona byłam oglądać w kinie kilkakrotnie – raz to z rodziną, raz z klasą, raz na jakiejś kolonii. Wiele, wiele lat później, już jako dorosła osoba zaserwowałam sobie powtórkę z rozrywki… i stwierdziłam, że te sceny nadal robią na mnie wrażenie.

Tak zasadniczo wilkołak to dla mnie taka istota, jaką przedstawiają rozmaite wierzenia ludowe, czyli człowiek, który pokąsany przez wilka raz w miesiącu o pełni księżyca także zamienia się w to zwierzę. Wizja człowieka, który po kontakcie z wilkiem zmienia się podczas pełni w jakieś niewiadomoco, formę pośrednią między zwierzęciem a człowiekiem (czyli właśnie w wilkołaka) jakoś nigdy do mnie nie trafiała. Dlatego też za jedynie słuszny film o wilkołakach uważam Wilka Mike’a Nicholsa z Jackiem Nicholsonem.

Czasem zdarza się jednak, że skuszę się nawet na film, którego fabuła wydaje mi się dość odległa od moich gustów, z uwagi na obsadę tegoż filmu. Tak właśnie było z Wilkołakiem Joego Johnstona. Wystarczyło mi ujrzeć na okładce płyty nazwiska: Anthony Hopkins i Benicio Del Toro, żeby zakupić płytę wraz z gazetą, która była doń dodatkiem. Małżonek uprzedzał, że to kiepski film, ale co mnie to. Wszak kiedyś dawno temu na taki Avalon produkcji polsko-japońskiej wybrałam się do kina tylko dlatego, że we wszystkich recenzjach jakie czytałam oceniany był na 1 lub 0 w dowolnie wybranej skali. A mnie się podobał. Tak więc miałam wszelkie powody, by uznać, że Wilkołak też mi się spodoba. Wszak przy prasowaniu czy wieszaniu prania nie będę oglądać arcydzieł sztuki filmowej… A sam film? Podobał mi się. Fabuła może średnia, ale klimat taki, że aż żałowałam, że to w biały dzień oglądam i w domu a nie w kinie. Mrok lub półmrok towarzyszące od pierwszych po ostanie sceny, tak że film zdaje się być czarno-biały; stara, popadająca w ruinę posiadłość; moczary; Geraldine Chaplin w roli drugoplanowej i Max von Sydow w zapadającym w pamięć epizodzie do tego jeszcze podkreślająca klimat muzyka… i czegóż chcieć więcej? Ano tego, żeby te wilkołaki to byli ludzie zamieniający się w wilki a nie w owo niewiadomoco. Prawda jest jednak taka, że ja dużo głupsze fabuły lepiej trawię, jeśli film jest kostiumowy. Zresztą zarówno wampiry jak i wilkołaki to istoty „żyjące” w dawnych czasach, jeszcze przed „erą rozumu” więc najlepiej wypadają w prozie i filmach których fabuła rozgrywa się tamtymi czasy. Takie jakieś bardziej realne wydają się na tych bagnach czy w lasach niż gdzieś w okolicach supermarketu czy na ulicach pełnych pędzących samochodów. Kto wie, może kiedyś, jak mi gdzieś wpadnie w ręce to i oryginał z 1941 roku obejrzę? Ciekaw, czy bardziej od tej wersji mi się spodoba…

Z uwagi na to, że języki obce są mi obce a prasować i czytać napisy jest raczej trudno wybrałam sobie opcję z lektorem. Nie dane mi było jednak obejrzeć filmu w całości a przy próbie kontynuacji coś ustawiłam nie tak i miałam zarówno lektora jak i napisy. Uroczo się czyta tekst inny niż ten, który czyta lektor. Niby sens ten sam, tylko w inne ubrany słowa, niemniej jednak dziwne wrażenie. Dobrze, że przynajmniej w oryginalne dialogi się nie wsłuchiwałam, bo by wyszło, że ja bym to jeszcze inaczej przetłumaczyła…

Informacje o Jukka Sarasti

Pełnoetatowa kura domowa.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

4 odpowiedzi na „O wilkołakach

  1. lilit8 pisze:

    Ponieważ mam strasznie słabe nerwy, odpuszczam sobie filmy z wilkołakami i wampirami oraz inne historie ocierające się o grozę nawet w najlżejszej postaci, szczególnie przez ostatnie lata…
    Co zaś do oceny filmów przez innych, nie zwracam na to większej uwagi. Zdarzało się i mnie, że jakąś produkcję podsumowano kciukiem w dół a mnie się to podobało.

    • jukkasarasti pisze:

      Ja zwracam uwagę… i chyba prędzej mnie do filmu przyciągną jednoznacznie negatywne oceny niż same zachwyty. Ale często kieruję się opinią osób, o których wiem, że mamy zbliżone gusta. Tak więc np. opinia Małżonka nt. filmu czy książki stanowi dla mnie jedynie informację, czy jemu się to podobało. Nic więcej 😉

      • lilit8 pisze:

        Znam ludzi, którzy nie obejrzą filmu/nie przeczytają książki bez sprawdzenia ich recenzji. Jeżeli jest kiepska rezygnują z oglądania/ czytania. Wpadając na kogoś o podobnym do mojego guście i ja daję filmom/książkom szansę, ale po obejrzeniu/przeczytaniu go/jej nie zawsze podzielam usłyszaną o nim/o niej opinię…

      • jukkasarasti pisze:

        Też tak miałam, że na podstawie recki „sprawdzonej” osoby uznałam, że się filmem/książką zachwycę… a potem rozczarowanie. I ja raczej staram się nie zapoznawać z recenzjami przed zapoznaniem się z dziełem. Za często zawierają spojlery. Dlatego nie mam wielu ulubionych blogów książkowych. No a co do filmów to na ogół – jak pisałam – decyduje obsada. A czasem tak mam, że przeczytam recenzję reklamową i uznam, że ja to muszę zobaczyć. I na ogół w takich przypadkach jestem zadowolona.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s