O kolacjach

Wraz z rozpoczęciem przez Młodzież edukacji przedszkolnej skończyło się szykowanie dzieciom śniadań. Czasem sobie taki Dzieć zje banana nim wyjdzie, czasem się wody z sokiem  napije. Ale samo śniadanie to już w przedszkolu. W domu to tylko w weekendy. I wówczas chce taki Dzieć czy to jaja na miękko czy kaszkę mannę orkiszową na mleku. A przecież taka Sarasti nie będzie sama sobie góry placków smażyć na śniadanie, bo i tak już ma nieco za dużo w obwodach. Skoro jednak już jesień idzie, nie ma na to rady i wieczory stają się coraz chłodniejsze, od czasu do czasu można sobie jakieś placki zrobić na kolację. Takie na przykład pankejki. Piszę fonetycznie, gdyż oryginalne amerykańskie pancakes zdecydowanie nie zawierają naszej, polskiej kaszy jaglanej. I w żadnym razie nie są bezglutenowe, gdy tymczasem pankejki zaproponowane przez autorkę blogu Szybkie gotowanie takie właśnie są.

Żeby zrobić owe placki ugotowałam 0,5 szkl. kaszy jaglanej w 1,5 szkl. wody. FiK twierdzi, że dobrze ugotowana kasza jaglana wcale nie jest gorzka, jeśli się jej nie sparzy. No to zaryzykowałam, przelałam kaszę przed gotowaniem zimną wodą i… faktycznie, po ugotowaniu gorzka nie była. Kiedy już ta ugotowana kasza wystyga (nie, nie sprawdzałam, czy wyszło jej 1,5 szklanki po ugotowaniu) wrzuciłam ją do blendera. Do tegoż samego blendera dodałam: 1 jajo, 0,5 szkl. mleka, 0,5 szkl. wody, 1/2 łyżeczki sody, 2 łyżki ksylitolu, 1 łyżeczkę cynamonu, 8 łyżek skrobi kukurydzianej, oraz 3 łyżki rozpuszczonego oleju kokosowego. Wszystko to miksowałam dopóki nie osiągnęło konsystencji nieco gęściejszej niż na ciasto naleśnikowe. Ciasto to wylewałam na patelnię posmarowaną olejem kokosowym i smażyłam małe placuszki. Placuszki zamierzałam podawać z syropem  klonowym ale z uwagi na to, że dodałam ciut za dużo ksylitolu (nie, nie dlatego, że pomyliły mi się łyżki z łyżeczkami – gdybym dodała tyle, co w oryginalnym przepisie zostałoby mi w opakowaniu takie prawie nic, raptem 1 łyżeczka, to szkoda miejsca w szafce na takie prawie puste opakowanie) i ciut za dużo cynamonu placuszki nie potrzebowały żadnych dodatków.

Nie  będę ściemniać, że pankejki smażyło się świetnie, bo czemuś mocno do ceramicznych patelni przywierały i trzeba było dodawać dużo tłuszczu do smażenia. Za dużo jak na mój gust. I właściwie miałam uznać, że do tego przepisu już wracać nie będę, bo cokolwiek upierdliwe wydawało mi się smażenie tych pankejków, ale Dzieciakom tak to smakowało, tak się nie mogły doczekać kolejnych, że przecież nie mogę ich tych placków pozbawiać. Bo w jakiej innej postaci zjedzą mi jeszcze kaszę jaglaną? No w jakiej? Przecież nie mogę im w nieskończoność serwować FiKowych czekoladowych ciasteczek. Następnym jednak razem muszę dodać nie mleko pół na pół z wodą tylko szklankę mleka.  Może się trochę lepiej ciasto zwiąże. Dziś jednak po  prostu mi mleka nie wystarczyło. Ot, znalazłam przepis i zabrałam się za robienie nie latając po sklepach by uzupełnić to, czego brakowało.

Advertisements

Informacje o Jukka Sarasti

Pełnoetatowa kura domowa.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

13 odpowiedzi na „O kolacjach

  1. Agnieszka D. pisze:

    🙂 Faktycznie, do ich usmażenia potrzeba więcej cierpliwości, niż przy tradycyjnych placuszkach z mąki (zresztą tak samo jest w przypadku naleśników z kaszy jaglanej).
    Cieszę się, że dzieciakom smakowały, to najważniejsze, że jedzą coś zdrowego i na dodatek smakuje :).

    • jukkasarasti pisze:

      🙂 One nie jedzą tego, co im nie smakuje. A ja nie zmuszam, bo uważam, że jak coś nie smakuje to znaczy, że nie służy. Nie, w drugą stronę to nie działa 😉 Więc jeśli nie chcą jeść czegoś, o czym ja uważam, że powinny staram się to przyrządzić w inny sposób. Jeśli nie tkną przyrządzonego w jakikolwiek sposób – znaczy nie podawać. Skoro już wiem, że lubią, to jeszcze pewnie nie raz skorzystam z Twoich propozycji na smaczną jaglankę. Bo nie powiem, że jeszcze nie raz zajrzę na Twój blog, bo odwiedzam go regularnie i dużo dobra tam znajduję 🙂

  2. anna pisze:

    Lubię kaszę jaglaną i zawsze ją wcześniej moczę w zimnej wodzie przez kilka minut.

    • jukkasarasti pisze:

      A ja zawsze zalewałam wrzątkiem. To się wywodzi z czasów (sprzed kilku lat) kiedy jaglanka nie cieszyła się dobrą opinią, „bo gorzka”. Tylko wówczas więcej na rynku można było spotkać takiej gorszej jakości w kolorze szaroburym. I wówczas na forach entuzjastki kaszy jaglanej pisały, że po a) należy kupować kaszę o ładnej, żółtej barwie, b) przed ugotowaniem sparzyć, to się goryczki pozbędzie. No to parzyłam tę ładną, jasnożółtą i nie była gorzka. Teraz już tej szaroburej nie widuję, ale odruch pozostał. I właśnie z nim walczę. Skutecznie 🙂

  3. lilit8 pisze:

    Proponuję kupno patelni teflonowej, zupełnie płaskiej o niskich brzegach. Do smażenia chudych smakowitości niezawodna! No i tłuszczu potrzebuje w ilości minimalnej 🙂

    • jukkasarasti pisze:

      Właśnie po to inwestowałam w patelnie ceramiczne, żeby poteflnów* nie kupować. Czytuję sobie pozycje o zdrowym, pozbawionym (w granicach rozsądku) chemii odżywianiu i wszędzie o naczyniach teflonowych piszą, żeby się tego pozbyć z domu. Na pewno o tym pisze Maslanky w książce Od lekarza do grabarza i chyba Julia Bator w Zamień chemię na jedzenie. I wiem, że to nie pierwsze pozycje w których się zetknęłam ze złą opinią na temat teflonu.

      *teflon zawsze mi się z tym dowcipem kojarzy jak to żona wchodzi o kuchni i widzi męża zmywającego naczynia. Zgorszona krzyczy: Jak tak możesz?! Nożem po teflonie?!? Małżonek: Sama jesteś poteflon.

      • lilit8 pisze:

        Teflon szkodliwy dla zdrowia?! Nigdy o tym nie słyszałam… Z drugiej jednak strony… nigdy nie słyszałam o wielu innych rzeczach… 😉 Patelnie ceramiczne bardzo sobie chwalę, ale np. naleśniki najlepiej wychodzą mi na teflonowej i nie zamierzam z niej zrezygnować. Straszą człeka coraz to nowymi niebezpieczeństwami. Niedługo przyjdzie nam nie jeść, nie pić, nie oddychać i czekać na koniec… 😦

        🙂 Moja babcia, jakieś dwadzieścia lat temu pastwiła się nad teflonówką, próbując z niej zeskrobać jej ciemną powierzchnię…

      • jukkasarasti pisze:

        Mam ceramiczną do naleśników i bardzo ją sobie cenię. Teflonową wyprawiłam z domu wraz ze szwagrem. Zresztą, i tak była jego 😉
        Znacz Twoja babcia też była potefolnem 😉

      • lilit8 pisze:

        Na to wygląda! 😉 W innych życiowych sytuacjach babcia zasługiwała na miano największego i najdroższego brylantu świata 🙂

      • jukkasarasti pisze:

        No to pozazdrościć takiej babci 🙂

  4. lilit8 pisze:

    Wielu może mi takiej opiekunki i doradczyni pozazdrościć… 🙂

  5. zosiako pisze:

    wymiękłam przy poteflonie 🙂 i przetestuję ten myk z płukaniem kaszy jaglanej w zimnej wodzie, bo za każdym razem wychodzi mi gorzka i potem męczę się z nią sama, bo szkodniki absolutnie się do niej nie dotkną, o mężu nawet nie wspomnę 😉

    • jukkasarasti pisze:

      Wiesz, FiK twierdzi, że kasza gorzka to kasza źle ugotowana.Ja tam nie wiem, bo zarówno przelewana wrzątkiem, jak i teraz zimną wodą gorzka nie była, więc może rzeczywiście niedogotowana kasza jest gorzka, ale wydaje mi się, że jakość kaszy też ma znaczenie. Te bardziej „brudne” są chyba bardziej gorzkie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s