O potrzebie oczyszczenia

Nic mi się nie chce. Permanentnie. Poza tym mam doła. Też permanentnie. Co gorsza, oba te stany zdają się pogłębiać. O LDNie myślę… I myślę, że może najpierw należałoby się oczyścić. Nie, nie umyć, to akurat robię względnie systematycznie. Czyli przed każdą wizytą u lekarza. No dobra, trochę częściej. Chodzi mi o oczyszczenie organizmu z wszelkiego rodzaju świństw, które po nim krążą. Na razie, na dobry początek zaprzestałam zażywania leku immunomodulacyjnego (immunomodulującego?), jaki mi od jakiegoś czasu mój neuro zapisuje. Nie konsultowałam z nim tej decyzji. Powiadomię go o niej przy następnej wizycie, czyli gdzieś tak na przełomie stycznia i lutego. Chyba że byłabym zmuszona wcześnie się z nim widzieć. Mam nadzieję, że zrozumie moje motywy. Jeśli nie – trudno, będziemy musieli się rozstać. Nie sądzę, żeby mu z powodu ewentualnego rozstania w jakiś znaczący sposób dochody się skurczyły, i tak ma dużo pacjentów.

Rezygnacja z leku to jak na razie najłatwiejszy krok. Ale potrzebny, bo jeśli chcę się oczyszczać, to muszę poprawić odporność organizmu, żeby mógł przeżyć to oczyszczanie. Zresztą, osłabianie odporności organizmu jako sposób na spowolnienie postępów SM to tylko jedna szkoła leczenia tej choroby. Najbardziej popularna, gdyż reprezentowana przez medycynę akademicką czyli mieszcząca się w standardach NFZ, ale nie jedyna. Następne kroki będą chyba po Nowym Roku, bo przecież nie będę przechodzić na dietę w czasie największego obżarstwa. Wiem, z dalszą dietą będą problemy, bo ze słodyczy tak całkiem to ja zrezygnować nie umiem. Zaprzestać pieczenia a tylko dzieciakom od czasu do czasu kupować coś gotowego, byłoby najprościej… Rzecz w tym, że ja wolę wiedzieć czym je karmię i wolę nie uczyć ich kupowania gotowego żarcia. Nie będzie im się chciało kiedyś piec czy gotować – ich wybór. Jednak wolałabym, żeby to był wybór świadomy. Z drugiej zaś strony piec i nawet nie spróbować tego, co zrobiłam to też nie potrafię. Ot, trzeba będzie rzadziej i szukać jak najzdrowszych przepisów. W końcu słodzić można nie tylko cukrem; rodzynkami, daktylami czy bananami też można. Zamiast mąki też można różnych innych dziwnych rzeczy używać, jak na przykład kaszy jaglanej. Choć za ciasteczkami z tej kaszy to mój Dzieć Starszy jakoś nie przepadał. Cóż, mama nie zmusza. Najwyżej im upiekę coś innego… np. ciasto z fasoli w puszce. Z drożdży łatwiej przyjdzie mi zrezygnować, wszak rogale z okazji świętego Marcina to dopiero w listopadzie, a jak znam siebie, to bez względu na efekty, tak długo na diecie nie wytrzymam. Chleb zaś mogę znów zacząć piec razowy na zakwasie. Nie wiem, kto poza mną będzie to jadł, ale z tego co pamiętam, to mnie on smakował. A jak mi się znudzi, to będę tylko wafelki ryżowe i żytnie jadła w charakterze pieczywa.

Z kawy też raczej nie zrezygnuję. Może ograniczę, ale za bardzo lubię, żeby rezygnować zupełnie. Poza tym rezygnacja z kawy w moim przypadku równoznaczna jest z truciem się pastylkami od bólu głowy. To ja już wolę kawę. A coś słodkiego do kawy? Wafelek ryżowy z twarożkiem posłodzonym stevią lub ksylitolem. Ale tak nieznacznie posłodzonym, żeby mnie nie sczyściło – ani w brzuchu ani tym bardziej na koncie. Ziemniaków też właściwie mogę nie jeść. Jeszcze tylko wypadałoby się nauczyć gotować ryż brązowy tak, żeby się ugotował dobrze i jednocześnie nie przypalił. Z białym mi to wychodzi bez problemów, z brązowym – niekoniecznie. Może jak dzień wcześniej zaleję wrzątkiem to na drugi dzień jakoś uda się to po ludzku ugotować? Cóż, metodą prób i błędów w końcu do czegoś dojdę. na przykład do tego, że bez ryżu w diecie też się obejdę. No i może wypadałoby wrócić do kaszy jaglanej? Tylko to już oznacza prowadzenie podwójnej kuchni, bo ani Młodzież ani Małżonek nie chcą tego jeść. A szkoda, bo zdrowe i nawet niedrogie. Podobnie rzecz się ma z komosą ryżową…

Do tego jeszcze wypadałoby się wybrać na alledrogo i sprawdzić ceny takich szatańskich specyfików jak czarci pazur czy lapaczo. Najlepiej w pastylkach. No i pić więcej wody… Z tym gorzej – próbowałam nie raz i nie daję rady tych zalecanych dwóch litrów dziennie. Ale może jak zacznę brać te detoksykujące specyfiki, to mi się zechce? Zobaczymy. Jak na razie zrobiłam pierwszy krok i nie zdziwiłabym się, gdybym na tym poprzestała. Tymczasem w ramach (słomianego) zapału idę do kuchni poszukać kaszy jaglanej, może jutro ugotuję na śniadanie zamiast orkiszowej manny.

Informacje o Jukka Sarasti

Pełnoetatowa kura domowa.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s