O soku marchwiowo-jabłkowym

Nie wiem, czy dlatego, że nie mówiłam, że potrzebuję czy też dlatego, że jabłka nie obrodziły, Wizytacja przywiozła mało soków jabłkowych. Ma to swoje zalety – bo surowe zdrowsze od pasteryzowanych, ale i wady – bo te surowe muszę produkować sama. Ponieważ Młodzież je cokolwiek dużo słodkiego, sok jabłkowy robię z antonówek lub z renet (w zależności od pory roku) – czyli cokolwiek kwaśny. Żeby go trochę (no dobra, trochę więcej niż trochę) dosłodzić, część (ściśle – większą część) soku robię z marchwi. Jest słodko, w końcu marchew to słodkie warzywo i zdrowo, gdyż jak od jakiegoś czasu czytam, w tych pięciu czy raczej ośmiu porcjach owoców lub warzyw, jakie każdy powinien spożywać w ciągu dnia, dominować powinny warzywa. Więc w soku jabłkowym dominuje marchewka. Dobrze, że chociaż to smakuje dzieciakom, skoro wody pić nie chcą. W przeciwieństwie do kupnych świeżych soków, moje w lodówce wytrzymują więcej niż 1 dzień. I dobrze, bo gdybym tak miała robić codziennie, to chyba bym zaczęła poić potomstwo słodzonymi sokami, robionymi zarówno przeze mnie jak i przez świekrę. Na szczęście dzieciaki soki słodzone piją tylko trochę mniej niechętnie niż czystą wodę.

Kiedy tak sobie stoję w tej kuchni i skrobię te kilogramy marchewek, i obieram te kilogramy jabłek umilam(?) sobie czas słuchając Wysp na Golfsztromie Ernesta Hemingwaya w interpretacji Ryszarda Nadrowskiego. W przeciwieństwie do wcześniej słuchanych powieści Hemingwaya, Wyspy… nie zrobiły na mnie szczególnego wrażenia. Taka męska powieść o męskim życiu i zabijaniu pustki czy to na zabawach z dorastającymi synami na wyspie, na której mieszka; czy  na spotkaniach z dziwkami i zapijaniu żałoby na Gibraltarze; czy na morzu, podczas działań wojennych. Każda część powieści odmienna od pozostałych, w każdej Thomas Hudson inny, coraz bardziej samotny, z coraz większym trudem walczący z pustką, jaka go wypełnia.

Wyspy na Golfsztromie to trzecia powieść Hemingwaya z jaką się zetknęłam i jak do tej pory – najsłabsza. Jednak chyba nawet gdybym swoją znajomość z tym pisarzem zaczęła właśnie od Wysp… i tak dałabym mu szansę, gdyż najsłabsza z powieści dobrego czy raczej bardzo dobrego pisarza, wciąż jest powieścią dobrą. Czego zdecydowanie nie da się powiedzieć o interpretacji. O ile Ryszard Nadrowski czytający powieści Ludluma po prostu mnie usypiał, o tyle czytając powieść Hemingwaya irytował. Głównie, gdy czytał dialogi, w których Hudson usiłuje zaciągnąć do łóżka jakąś kobietę. W interpretacji Nadrowskiego brzmiało to jak rozmowa dwójki dzieciaków z serii: choć, pobawimy się tak, jak rodzice, kiedy myślą, że już śpimy. Zważywszy, że zarówno Thomas Hudson jak i podrywane przez niego kobiety mają już bardziej lub mniej bogatą przeszłość erotyczną, brzmi to co najmniej idiotycznie. Podobnie jak czytanie imienia Roger. Normalnie, w mianowniku, jest to Rodżer, ale kiedy już się ktoś zwraca do niego, mówi: panie Rogerze. Ja wiem, że panie Rodżerze cokolwiek zgrzyta, ale tak samo zgrzyta niekonsekwencja. Może najlepiej byłoby czytać po prostu Roger i panie Rogerze. Choć jak znam siebie, nawet wówczas pewnie też bym się czepiała. Widać u Nadrowskiego przeszkadza mi wszystko. Pewnie dlatego ostatnio zakupiłam sobie powieści czytane przez Adama Ferency i Krzysztofa Gosztyłę. Dlatego, choć nie lubię większości prac domowych, już się cieszę na przedświąteczne przygotowania.

Informacje o Jukka Sarasti

Pełnoetatowa kura domowa.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

4 odpowiedzi na „O soku marchwiowo-jabłkowym

  1. anna pisze:

    Swojego czasu Hemingway był moim ulubionym pisarzem. 🙂 Ale masz rację, że niektóre jego książki są BARDZO męskie.

    • jukkasarasti pisze:

      Moim ulubionym, czy raczej jednym z moich ulubionych, ma szansę zostać. Czy raczej: właśnie się staje 🙂

      • anna pisze:

        Kiedyś sobie nawet wymyśliłam, że jak będę mieć syna, to dam mu na imię Ernest. 🙂 Ale potem była faza Oskara Wilde’a, więc to imię zaczęło konkurować z Oskarem. 🙂
        Kiedyś czytałam świetnie napisaną biografię Hemingwaya. Nie pamiętam autora, wydaje mi się, że to było jakieś rosyjskie nazwisko. Nawet próbowałam nie oddać książki do biblioteki, by ją sobie zachować, ale jak mi pani powiedziała, jaka będzie kara to książka się od razu znalazła. 🙂 😉

  2. jukkasarasti pisze:

    Rozumiem, że po Hemingwayu może przyjść faza na Wilde’a, bo jednak Wilde lepszy. Fakt, jak dotąd nie znalazłam pisarza, którego bym ceniła bardziej. Ale jakoś tak od zawsze wiedziałam, że gdyby miał być syn, to byłby Piotr. Za to z miłości do Freddie’go dałam sobie na bierzmowanie Fryderyka 😀
    A za biografią Hemingwaya to przeszukam LubimyCzytać i jeśli znajdę, to alledrogo tudzież chomiki, bo z tego co o nim słyszałam, to jego życie to był temat na powieść… i chyba nawet niejedną. Więc skoro twierdzisz, że to dobra biografia, to nie pozostaje nic innego jak dopaść i przeczytać.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s