O rocznicach II. Post wspominkowy

22 lata temu zmarł Freddie Mercury. Moja pierwsza i chyba jedyna muzyczna fascynacja. Może nie aż taka, żeby znać na pamięć tekst każdej piosenki Queen czy solowej Freddiego, ale wystarczająca, by umieć wymienić całą dyskografię i określić jaka piosenka z której płyty pochodzi. Konkretnie, to kiedyś umiałam, dziś aż tak dobrze nie jest… Biografię Freddiego czy historię zespołu można znaleźć w sieci, szerzej można poczytać w licznych biografiach jakie się ukazały i z pewnością jeszcze się będę ukazywać, więc nie zamierzam pisać własnej wersji biografii. Ani takiej notki wspominkowej, jakie ukazały się dziś w serwisach internetowych. Nad muzyką Queen też rozwodzić się nie zamierzam, bo na muzyce się nie znam. Dzielę ją tylko na taką, którą lubię i takiej, której nie lubię. Więc notkę tę poświęcę takiemu Freddiem, jakiego lubię najbardziej.

Radio ga-ga, We are the champions i kilka innych hitów znałam już wcześniej, ale nie fascynowały mnie na tyle, żebym się zainteresowała kto to śpiewa. Piosenką, od której się zaczęła moja fascynacja było:

Wprawdzie Show must go on stało się przebojem dopiero po śmierci Freddiego, jednak Niedźwiedzki w Liście Przebojów Trójki wylansował to parę miesięcy wcześniej, więc jak dla mnie 24 listopada 1991 roku nie zmarł „jakiś tam kolejny pieśniarz” czy jak to ujęła moja koleżanka z klasy „jeden z pedałów z Queen” tylko człowiek, który tworzył Muzykę.

Śmierć znanego artysty ma to do siebie, że nie tylko prasa przypomina cały jego życiorys, ale i można kupić wszelkie płyty (wówczas kasety magnetofonowe i video) z zapisem jego twórczości, a w księgarniach pojawiają się biografie. Tak więc ze skompletowanie pełnej dyskografii Queen i solowych projektów Freddiego nie stanowiło problemu. No, może tylko finansowy, bo byłam w wieku finansowego uzależnienia od rodziców. Ale pirackie kasety były wówczas tanie i dostępne normalnie, w księgarniach muzycznych, legalne zaś były nieosiągalne, koszmarnie drogie i niejednokrotnie gorszej jakości od pirackich, więc o legalnych nie było co mówić. Kiedy już zapoznałam się z całą twórczością zespołu, zorientałam się, że z całej twórczości zespołu lubię pierwsze dziesięć albumów, zwłaszcza pierwszy

http://www.youtube.com/watch?v=5vurPji13oI

i drugi

http://www.youtube.com/watch?v=Xok3CGNPSE0

Nawet jeśli idzie o image Freddiego wolę ten wampiryczny z pierwszego okresu twórczości:

http://www.youtube.com/watch?v=oU7rqB9E_0M

http://www.youtube.com/watch?v=BAf2S6ij2gk

czy ten bardziej „artystyczny”

http://www.youtube.com/watch?v=5XxvtQFpB98

niż ten macho z wąsem i w skórach z lat 80.

http://www.youtube.com/watch?v=qaeKSQUdBE4

Solowy Freddie to już nie to samo, co z zespołem…

http://www.youtube.com/watch?v=K4aDkLTH3ug

http://www.youtube.com/watch?v=2N7csaYFkqw

choć zdecydowanie więcej niż Queen bez Freddiego. To drugie, to już w ogóle nie powinno zaistnieć. Jak Doors bez Morrisona – niby nadal grali, ale czy ktokolwiek o tym pamięta? Mam nadzieję, że o Queen bez Freddiego też za jakiś czas nikt, może poza grupką pasjonatów, pamiętać nie będzie. Dlatego też z pozostałych przy życiu członków grupy szacunek mam jedynie do tego najmniej charakterystycznego, do Johna Deacona, który zdecydował się nie brać udziału w kontynuacji działalności zespołu…

Oczywiście, wspomnienie o Freddiem byłoby niekompletne, gdybym pominęła jego operowe oblicze, które też lubię. Zwłaszcza że na koncertach z Montserrat Caballe też wyglądał nieco wampirycznie. To chyba przez te zęby, więc wąs pozbawiał go tego demonicznego uroku…

http://www.youtube.com/watch?v=48Y4edrTW3A

Fascynacja minęła, teraz jeśli już powracam to do wybranych albumów, wybranych utworów. Plakat (ten ze zdjęciem z okładki z albumu Mr. Bad Guy) od lat nie zdobi drzwi mojego pokoju. Wciąż jeszcze jestem w stanie odtworzyć w pamięci teksty niektórych piosenek, ale już nie o każdej będę w stanie powiedzieć z którego pochodzi albumu. Kolekcja płyt CD nie jest tak kompletna, jak była kaset magnetofonowych. Kilka nowszych biografii Freddiego czeka na przeczytanie. Ale z fascynacji młodym Freddiem zostało mi coś jeszcze: słabość do umalowanych wokalistów dysponujących nieprzeciętnym głosem, jak Alexander Veljanov czy Tilo Volf.

Reklamy

Informacje o Jukka Sarasti

Pełnoetatowa kura domowa.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „O rocznicach II. Post wspominkowy

  1. anna pisze:

    A ja średnio lubię jego piosenki. Za to mąż kiedyś uwielbiał, więc pewnie będzie zadowolony, kiedy w radiu będzie dużo tej muzyki i wspominek. 🙂

    • jukkasarasti pisze:

      Zawsze, jak piszesz o mężu, mam wrażenie, że fajny z niego facet. Teraz już mam pewność 🙂
      No dobra, mój też jest fajny, chociaż muzyka Queen też do niego jakoś niekoniecznie przemawia 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s