O przygotowaniach do wizytacji

Wizytacja się zapowiedziała. Na wkrótce. Datę dookreśliła. Nawet ją później przesunęła o miesiąc. Miło ze strony Wizytacji, że zapowiada się z wyprzedzeniem… I to wszystko, co jestem w stanie miłego powiedzieć o Wizytacji. O przygotowaniach niewiele więcej miłego mogę powiedzieć. Ot, w końcu muszę nadrobić zaległości w utrzymaniu mieszkania w czymś, co miałoby chociażby pozór porządku. Tak więc trzeba wreszcie pomyć okna. Wszystkie, w całym mieszkaniu. To akurat dobrze, bo od jakiegoś czasu są dla mnie wyrzutem sumienia, ale to pogoda nie taka, to jakiś nerwoból w okolicy serca, to wyjazdy do moich świekrów tudzież do teściów Małżonka, to pogrzeb w odległej części kraju… Trzeba także poprasować całe mnóstwo rzeczy, których mi się na bieżąco prasować nie chce. Jak już poprasuję to przynajmniej będę z tym miała spokój na czas jakiś. Teoretycznie rzecz biorąc mogłabym sobie te przygotowania darować i Wizytacja chętnie by to wszystko za mnie zrobiła… żeby potem jeszcze chętniej mi zadnią część ciała obrobić. To ostatnie zresztą i tak uczyni, a ja od wykonywania prac porządkowych jeszcze bardziej nie lubię, jak ktoś wykonuje je za mnie.

I tak, wiem, że ta piosenka jakby nie do końca o tym traktuje o czym napisałam powyżej, ale i tak mi tu pasuje.

Drugą miłą rzeczą, o jakiej mogę powiedzieć przy okazji przygotowań do wizytacji, jest to, że przy przygotowaniach tych towarzyszy mi – jak zwykle w takich chwilach – audiobook. Tym razem mogę sobie pozwolić na dłuższy i bardziej ambitny, bo słucham w długich kawałkach, a i to po kilka dziennie. Padło więc na Imię róży Umberto Eco w interpretacji Krzysztofa Gosztyły.

Trudno pisać o samej książce, bo zamiast iść i dalej prasować koszule Małżonka tudzież szykować okna na jutrzejsze mycie, siedziałabym i pisała do rana. Dość powiedzieć, że przesłuchany audiobook to wybitna książka w wybitnej interpretacji. Gosztyła, jak zwykle, odgrywa teatr jednego aktora – wciela się we wszystkie postaci i w każdej roli jest jednakowo przekonujący: zarówno jako stary Adso – narrator powieści, ja i jako Adso – nowicjusz, jeden z głównych bohaterów opisywanych wydarzeń; zarówno jako brat Wilhelm – intelektualista, obdarzony typowo angielskim poczuciem humoru, jak i jako mówiący „bablejskim” językiem prostaczek Salvator. Dysputy teologiczne, które czytelnik zainteresowany przede wszystkim wątkiem kryminalnym, mógłby przeczytać tylko jednym okiem i od razu zapomnieć (jako i ja czyniłam jakieś 20 lat temu, gdy czytałam powieść) w wykonaniu Gosztyły pełne pasji i wiary w słuszność głoszonych przekonań, głębiej zapadają w pamięć. Na długo w pamięci pozostaje także spowiedź brata Remigiusza, który przerażony wizją tortur wyznaje wszystko, co pragnie usłyszeć inkwizytor. Jeśli do tego wszystkiego dodać jeszcze kościelne organy akcentujące najbardziej dramatyczne fragmenty powieści, to chyba dość, by nie raz jeszcze do Umberto Eco w interpretacji Krzysztofa Gosztyły powrócić.

Informacje o Jukka Sarasti

Pełnoetatowa kura domowa.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s