O niepublicznej służbie zdrowia

Żeby korzystać z publicznej służby zdrowia samemu trzeba mieć zdrowie. I dużo czasu. I szczęścia. Tylko pytanie: po co komuś, kto ma dużo czasu, zdrowia i szczęścia jakakolwiek służba zdrowia? Jak się nie ma zdrowia, dobrze jest mieć pieniądze na niepubliczną służbę zdrowia. Oczywiście nie jest powiedziane, że każdy lekarz, który przyjmuje pacjentów prywatnie to dobry lekarz, więc szczęście i w tym wypadku jest istotne. Tylko, że jak ma się szczęście do dobrego prywatnego lekarza to też niekoniecznie można być przyjętym od razu, bo do dobrego lekarza to kolejki się ustawiają nawet jeśli płacić trzeba. Tylko liczą się w tygodniach, w skrajnych przypadkach w miesiącach a nie – jak w przypadku publicznej służby zdrowia – w miesiącach bądź latach.

Ja mam to szczęście, że mogę sobie pozwolić na korzystanie (bez przesady oczywiście) z niepublicznej służby zdrowia. I mam szczęście do dobrego lekarza. Nie przesadza z faszerowaniem mnie chemią, nie namawia do terapii, na które nie mam ochoty, mówi tak, że rozumiem co do mnie mówi, na pytania odpowiada konkretnie. Nie czuję się u niego jak hipochondryczka ani jak przypadek chorobowy. Czuję się jak pacjent czyli człowiek, który potrzebuje pomocy lekarza. I nie, nie dlatego Doktor daje mi to poczucie, że leczy mnie prywatnie. Dlatego leczę się u niego prywatnie, że potraktowana jak człowiek a nie  przypadek chorobowy zostałam przez niego jeszcze kiedy miałam z nim do czynienia jak się leczyłam w ramach publicznej służby zdrowia. To tyle w temacie peanów pochwalnych. Dziś (czy raczej już wczoraj, bo jak zwykle piszę po północy) dowiedziałam się, że jeśli chodzi o mój stan ogólny (neurologiczny, za inny nie odpowiada) to jest dobrze, co oznacza, że przeszła mu ochota na oglądanie zdjęć mojego mózgu, co z kolei oznacza, że (przynajmniej chwilowo) nie zamierza wysyłać mnie do szpitala.

Kiedy jednak już mnie tam wyśle, bo kiedyś to musi nastąpić, to już wiem jakiej powieści zechcę sobie posłuchać. Będą to niewątpliwie Biesy Fiodora Dostojewskiego w interpretacji Krzysztofa Gosztyły. Interpretacja, jak zwykle w przypadku tego aktora, genialna. Szkoda, że w naszym pięknym kraju nie kręci się filmów, w których można by w pełni wykorzystać jego talent aktorski. Co zaś do samej powieści – stanowczo nie nadaje się do słuchania w trakcie prac domowych gdy młodzież biega pod nogami. Do prac domowych, gdy dużo trzeba zrobić a nikogo nie ma w domu, to może by już się bardziej nadawała, jednak najlepiej jej słuchać w spokoju. Powieść bowiem jest dobra, by nie rzec bardzo dobra, ale cokolwiek trudna w odbiorze. Wielość bohaterów i specyficzna narracja (raz narratorem jest przyjaciel jednego z bohaterów, innym razem mamy do czynienia z narratorem wszechwiedzącym) sprawiają, że jeśli uwaga jest co chwila odrywana od lektury, trudno się momentami w tym wszystkim połapać. Tak więc wracając sobie częściowo piechotą od Doktora dokończyłam słuchanie Biesów… ale tylko po to, by się upewnić, że będę musiała do tego wrócić. W bardziej sprzyjających słuchaniu okolicznościach.

Informacje o Jukka Sarasti

Pełnoetatowa kura domowa.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s