O kokosach

Kokosy to to, co chciałabym aby mawiano o moich zarobkach. Niestety, z uwagi na postępujący zespół przewlekłego zmęczenia, brak wyobraźni J.K. Rowling i talentu pisarskiego E.L. James, obawiam się, że nawet jeśli przestanę być w końcu pełnoetatową kurą domową, moje zarobki będą ledwie starczać na waciki, a na życie łożyć będzie małżonek.

Jednak, żeby przyciągnąć do siebie dochody nie pozwalające na komentarz: no, kokosów to ona nie zarabia, staram otaczać się kokosami. Raz próbowałam pić kawę z mlekiem kokosowym, ale to zdecydowanie nie był dobry pomysł. Tłuste jakieś to mleko i w ogóle było rozwarstwione: z góry tłuszcz, z dołu woda. Trochę trudno się toto rozpuszczało w kawie. I jednak wolę kawę z mlekiem tudzież śmietanką niż z masłem.

Poza mlekiem jednak cenię sobie smak kokosa. Czasem wafle ryżowe posmaruję zamiast masłem z mleka krowiego tłuszczem kokosowym, czasem oleju kokosowego dodaję do sałatek zamiast winogronowego czy lnianego budwigowego. Oliwy z oliwek nie zastąpiłabym jednak olejem kokosowym – jakoś smakowo niekoniecznie kokos pasuje do dań kuchni śródziemnomorskiej.

Zdecydowanie częściej niż oleju kokosowego używam wody kokosowej zwanej także sokiem kokosowym. Początkowo kupowałam to dla siebie, bo to podobno samo zdrowie. Jeśli wierzyć źródłom, sok z kokosa ma skład niemal identyczny jak osocze krwi i można go stosować przy transfuzjach. W tym celu jednak nigdy go nie stosowałam i jakoś nie wydaje mi się, żeby ten stan rzeczy miał ulec zmianie. Jednak picie takiego soku też ma swoje zalety. Jeśli nie bardzo lubi się zbędną chemię w jedzeniu sok z kokosa świetnie zastępuje napoje izotoniczne, zawiera bowiem w swoim składzie więcej elektrolitów niż takie napoje. Jest też źródłem magnezu, potasu, żelaza i innych pierwiastków. Gorzej, że zawiera też aluminium z kartonów w które jest pakowany, ewentualnie niewiadomojakie badziewie z plastikowych butelek. Oczywiście, można kupować też w szklanych opakowaniach, ale wówczas można zbankrutować i utonąć w stosie pustych szklanych buteleczek, bo małe toto, a drogie. Nie, żeby litrowy karton soku z kokosa był szczególnie tani, ale i niewiele więcej kosztuje niż szklana buteleczka o pojemności 0,2 (albo 0,25 nie pamiętam dokładnie) litra. Bez względu jednak na cenę kupuję ów sok, bo nieopatrznie dałam dzieciom spróbować… i posmakowało. No to skoro dobre i zdrowe, to dlaczego mam zabraniać? Wszak warto od najmłodszych lat kształtować zdrowe nawyki u potomstwa.

Wiórki kokosowe może nie są aż tak zdrowe jak woda czy tłuszcz, ale też niezłe. O ile się nie przesadzi z ilością. Ale komu by się chciało jeść kilogram kokosanek na raz? Albo takich na przykład kostek:

50 g białej kuwertury albo polewy z białej czekolady, 2 jaja,100 g miękkiego masła, 75 g cukru, 50 g mąki, 200 g wiórków kokosowych, 1 opakowanie cukru waniloiowego, 250 g galaretki z pigwy albo konfitury morelowej, 50 ciemnej czekolady albo polewy czekoladowej, 2 łyżki wiórków do posypania

Masło utrzeć z cukrem i żółtkami na pulchną masę. Wymieszać z mąką, drobno posiekaną białą kuwerturą, wiórkami kokosowymi i cukrem waniliowym. Na końcu połączyć z pianą ubitą z dwóch białek.

Ciasto przełożyć na wyścieloną pergaminem blachę i gładko je rozsmarować. Piec ok. 15 min. na środkowym poziomie piekarnika w temp. 180 st. C. Ostudzone ciasto przekroić w poprzek na dwa blaty. Galaretkę podgrzać, posmarować nią dolny blat i przykryć górnym. Obie części mocno do siebie przycisnąć. Ciasto pokroić w kostkę wielkości 4 cm, ozdobić ciemną kuwerturą i pozostałymi wiórkami. Proporcja na 12 sztuk (czyli sugestia, że blacha powinna być o wymiarach 16×12 cm albo ja liczyć nie umiem).

U mnie jak zwykle subtelne zmiany: cukier oczywiście brązowy, zamiast cukru waniliowego esencja waniliowa, zamiast galaretki z pigwy tudzież konfitury morelowej użyłam konfitury brzoskwiniowej własnej produkcji (czyli podgrzane owoce pozostałe po robieniu soku brzoskwiniowego – zostały na tyle jędrne i smaczne, że szkoda byłoby wyrzucać). Za kuwertury robiły odpowiednio biała i ciemna (50%) czekolady Fin Carre z Lidla – spodobał mi się ich skład chemiczny, zwłaszcza że emulgatorem jest lecytyna słonecznikowa a nie sojowa. No i wyznam szczerze – ciasto niekoniecznie wyszło. Tylko nie wiem czy wina tkwi w przepisie, czy w mojej wadze kuchennej, która nie pozwoliła mi na dokładne odmierzenie składników. No bo jak tu ufać wadze, która jeśli rzucić na nią opakowanie 200g wiórków pokazuje ich 150, i przy dwa razy ważonej tej samej ilości mąki wskazuje różne wartości? W każdym razie ciasto nie urosło, więc zamiast w poprzek kroiłam wszerz. Nawet udało mi się na tyle równo, że ładnie się połówki dopasowały, co nie zawsze mi się zdarza. Jednak wyszło na tyle smaczne, że pozwoliłam dać mu drugą szansę. Następnym razem postaram się dokładniej odmierzać składniki. Zresztą, czy musi być tak duże, żebym je kroiła w poprzek, skoro i tak mi to prawie nigdy nie wychodzi?

Źródła:

wiedzy o kokosachhttp://pozywieniedlazdrowia.blox.pl/2010/04/KOKOS-lekarstwo-na-wszelkie-choroby.html

przepisu na nadziewaną krajankę kokosową – książka zakupiona swojego czasu w Lidlu Muffiny. Małe, ale za to przepyszne. Fakt, wszystkie, które robiłam z niniejszej książki były przepyszne… chyba że o którychś zapomniałam.

 

Reklamy

Informacje o Jukka Sarasti

Pełnoetatowa kura domowa.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s