O odcieniach szarości. Rozmaitych.

Jak przystało na szanującą się kurę domową nie mogłam nie przeczytać serii, o której złośliwie mawiano: porno dla gospodyń domowych. Czytanie zajęło mi pół roku. Bynajmniej nie dlatego, że przytłoczona ogromem obowiązków nie miałam czasu na lekturę. Przeczytałam w tym czasie parę innych książek, których raczej nikt by gospodyniom domowym nie polecał. Odcienie szarości lub – jak wolała polska tłumaczka – Oblicza Greya to po prostu powieści nie dość, że głupie pod względem fabularnym, pisane przy braku znajomości tego o czym się pisze, naiwne, że aż boli to jeszcze śmiertelnie nudne. No bo ileż można czytać opisów seksu. Żeby chociaż był tak perwersyjny, jak sugerują recenzje. Nie, on jest cokolwiek bardziej pieprzny niż tradycyjne „po bożemu”, ale daleko mu do filmów czy powieści erotycznych. Zresztą, gdyby nawet był bardziej perwersyjny, to jednak książki składające się niemal wyłącznie z opisów stosunków są stosunkowo nudne. Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze brak poszanowania zasad języka polskiego przez tłumaczkę. No ale Ktoś gdzieś kiedyś powiedział, że recenzję powieści (wszystkich trzech) przyjąłby z pocałowaniem ręki, więc jeszcze tylko machnąć rzeczoną recenzję i można przez łącza internetowe wyciągać rękę do ucałowania. Zakładając oczywiście, że ów Ktoś jeszcze o tym pamięta. No dobra, zawsze można przypomnieć, wszak mam to na piśmie. Tylko najpierw tę recenzję napisać trzeba.

Chcąc oderwać się od nudnych opisów „miłości” postanowiłam sięgnąć po coś o miłości jak mi się zdawało w bardziej moich klimatach. Siostry Bronte tak ładnie mi się kojarzyły: Wichrowe Wzgórza, Jane Eyre… miłość, namiętność, rozpacz i wzruszenia. Koniec trudny do przewidzenia, jeśli happy end to zdecydowanie daleki od bajkowego „…i żyli długo i szczęśliwie”. Właśnie z oczekiwaniem na takie wzruszenia sięgnęłam twórczość trzeciej z sióstr Bronte, Anny. Wiem, wiem, wiem, zestawianie ze sobą twórczości Anne Bronte z twórczością Eriki Leonard to profanacja… ale cóż ja zrobię, że z uwagi na nazwiska bohaterów/bohaterek powieści te kojarzą mi się ze sobą. Oczywiście, Annie Bronte nie mogę zarzucić grafomanii czy braku znajomości zagadnień, o których pisze. Nadmiaru nudnych opisów współżycia też nie da się jej zarzucić, z tej prostej przyczyny, że w tamtych czasach o takich rzeczach raczej się nie pisało. Zwłaszcza w powieściach przeznaczonych dla przyzwoitych kobiet. On kochał ją, ona jego (albo i nie), z czasem na świecie pojawiały się dzieci, ale jak do tego doszło tego miała się już czytelniczka sama domyślić. I dobrze. Zwłaszcza jeśli ktoś ma bogatą wyobraźnię. Jeśli nie – zawsze można było sięgnąć po markiza de Sade… jeśli można było. Jest jednak coś, co poza szarościami łączy powieści Eriki Leonard i Anne Bronte: naiwność głównych bohaterek i nuuuuda, towarzysząca lekturze. Z tym że w przypadku tej drugiej nuda trwała o wiele krócej. I mimo wszystko towarzyszyła tej nudzie świadomość, że nudzę się przy dobrej literaturze.

Advertisements

Informacje o Jukka Sarasti

Pełnoetatowa kura domowa.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s