Pieguski

Swojego czasu uwielbiałam. Zwłaszcza orzechowe, z wyraźnym smakiem orzechów laskowych. Potem zaczęłam czytać składy chemiczne gotowej żywności. Po latach tej praktyki na wiele delicji, dawniej z taką ochotą zjadanych, patrzę już bez emocji. Kiedy jednak ujrzałam przepis na domowe pieguski, to poczułam, że ja muszę dzisiaj zrobić je… Poszłam więc do sklepu, zakupiłam niezbędne składniki i zrobiłam.

pieguski

Pieguski owsiane

230 g miękkiego masła

230 g cukru kokosowego

1 mała płaska łyżeczka soli (u mnie morskiej gruboziarnistej)

1 średnie jajko

1 płaska łyżeczka sody oczyszczonej

350 g mąki owsianej bezglutenowej

100 g posiekanej gorzkiej czekolady (bez emulgatorów i innych zbędnych składników)

2 łyżki wiórków kokosowych/posiekanych orzechów/rodzynek

1. Utrzeć mikserem masło z cukrem i solą.

2. Do masy dodać, wlewając powoli, roztrzepane jako. Miksować do uzyskania jednolitej konsystencji.

3. Dodać mąkę wymieszaną z sodą i wyrabiać ciasto na niskich obrotach.

4. Kiedy masa będzie gładka, wyłączyć mikser, wsypać czekoladę i dokładnie wymieszać.  Podzielić ciasto na dwie części i do jednej z nich dodać wiórki kokosowe (ew. drobno posiekane orzechy czy rodzynki).

5. Z ciasta formować kulki, lekko rozpłaszczać i układać na blasze wyłożonej papierem do pieczenia w dość sporych odstępach.

6. Piec w piekarniku rozgrzanym do 190 st. C ok. 6 min. Początkowo na najniższym poziomie piekarnika, po 3 min. przełożyć na wyższy.

7. Po wyjęciu ciastek z piekarnika chwilę trzymać je na blasze, później przełożyć na kratkę do całkowitego wystudzenia.

8. Zapakować wszystko do pudełek/puszek/słoików i schować głęboko, w przeciwnym bowiem razie mogą się szybko ulotnić.

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , , | 2 komentarzy

Miała być nutella

Naszło mnie, żeby zrobić nutellę. Tym razem z nerkowców. Zakupiłam więc rzeczone orzechy, miałam zamiar namoczyć je na noc a następnego dnia zmiksować na masło, dodać do niego wypestkowane daktyle, wanilię i kakao i dalej miksować aż się z tego zrobi pyszne smarowidło do wafelków. Niestety, moje dwa coraz większe szczęścia tak się ucieszyły na widok nerkowców, że gdybym nie dopilnowała to chyba od razu zjadły by całą zawartość opakowania.kulki orzechowe Trzeba więc było działać szybko: pozwiązywać Dzieciom ręce, zakneblować usta i wynieść na balkon na całą noc orzechy bez namaczania wrzucić do malaksera, włączyć maszynę a gdy ta znęcała się nad zawartością zabrać się za drylowanie daktyli. Wiem, że z uwagi na nienajwyższą*  jakość mojego sprzętu należało dać mu trochę odpocząć. Jednak ponieważ niecierpliwe Dzieciątka nogami przebierały to, zamiast po chwili odpoczynku włączać i dalej miał orzechowy na masło przerabiać, wolałam do mąki orzechowej dodać daktyle wraz z całą resztą składników i zmiksować to razem na bardzo gęstą breję. Następnie tę breję wraz z Dzieciem Starszym formowałam w kulki, które obtaczałyśmy w surowym kakao. Tak oto zamiast nutelli mam pralinki. Też dobre, zwłaszcza że bez dodatkowych wafelków/bułeczek i tym podobnych jedzone.

*nienajwyższa to przymiotnik czyli jedno słowo a nie błąd ortograficzny. Nic na to nie poradzę, że czasem w języku rodzimym brakuje mi słów adekwatnych i w związku z tym, żeby w pełni oddać to, o co mi chodzi muszę je sobie sama wymyślać. Stopniowanie tego przymiotnika jest typowe dla wszystkich długich przymiotników czyli nienajwyższa – bardziej nienajwyższa – najbardziej nienajwyższa, chociaż osobiście nie widzę sensu stopniowania tego przymiotnika ale skoro ludzie stopniują przymiotnik: optymalny…

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

O operowaniu językiem polskim w sposób należyty

Książkę sobie kupiłam. Taką, która da mi podstawę do mądrego uzasadniania, dlaczego wolę tracić czas przy garach zamiast zająć się czymś pożyteczniejszym, a stołować się gdzieś w mieście. Zdarzyło się nawet, że tę książkę zaczęłam czytać. Z uwagi na to, że jednak stanie przy garach i zlewie trochę czasu zajmuje, przeczytałam dopiero pierwsze strony. I już wiem, że to dobra książka. Zdążyłam się z niej bowiem dowiedzieć, że w przeciwieństwie do mojej matki, posługuję się rodzimym językiem w należyty sposób. Skąd to wiem? Piszą bowiem autorzy zakupionej przeze mnie publikacji:

[…] wulgaryzmy są integralną częścią naszego języka. Jeśli wiesz, jak ich używać, nie traktujesz ich jako znaku przestankowego, to nie powinny Cię też odstraszać w druku. Jeśli odżegnujesz się od nich, to sorry, ale nie operujesz językiem w sposób należyty, bo nie wykorzystujesz w pełni jego możliwości.*

Dawno temu słyszałam, że prof. Jan Miodek do tego stopnia nie lubi wulgaryzmów, że nie dość, że ich nie używa, to jeszcze potrafi na ulicy zwrócić uwagę przeklinającym osobom. Czyżby więc nawet profesor nie operował językiem ojczystym w sposób należyty???

*J. Milszewski, K. Sadkowski, Gastrobanda. Wszystko, co powinieneś wiedzieć, zanim wyjdziesz coś zjeść, Wydawnictwo Smak Słowa 2016

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Frytki

Czyli coś, co lubią niemal wszystkie dzieci. Moje także. Zdarzało mi się więc kupować im jakieś kiedy jedliśmy poza domem. Problem pojawił się od kiedy w najbliższej galerii handlowej jadłodajnie z pizzą, frytkami i niepamiętamjużczym zastąpiono restauracją pod złotymi łukami i drugą – ze smażonymi kurczakami. Skoro nie jadamy w takich przybytkach to nawet frytek tam Dzieciom kupować nie będę. Jednak perspektywa samodzielnego robienia też mi się za bardzo nie uśmiechała, bo smażyć na olejach rafinowanych nie będę a na to, żeby smażyć w głębokim tłuszczu na oleju kokosowym tłoczonym na zimno to mnie nie bardzo stać. Owszem, wiem, że można sobie kupić mrożone frytki i je po prostu upiec w piekarniku, bo one są już podsmażone, jednak są one (podobnie jak te z restauracji) dość odległe od tego, co znałam z dzieciństwa czyli od zwykłych ziemniaków pokrojonych w słupki i usmażonych na głębokim tłuszczu. A ja wciąż staram się jeść żywność w miarę jak najmniej przetworzoną.

Pewnego pięknego dnia w gazetce reklamowej Lidla znalazłam maszynę do robienia frytek bez tłuszczu. Ponieważ ustrojstwo było tańsze niż analogiczne bardziej markowe postanowiłam kupić i wypróbować. Teraz już wiem, że frytki smażone w ogóle bez tłuszczu są niejadalne. Przynajmniej dla mnie. Ale zawsze można po prostu natrzeć ziemniaczane słupki olejem kokosowym tłoczonym na ziemno (ew. masłem klarowanym lub smalcem) i takie piec. Jednak kiedy już zrobiłam te niskotłuszczowe frytki wedle procedury opisanej w instrukcji okazało się, że część się dość mocno przypaliła część zaś pozostała surowa. Maszyna więc poszła sobie do szafki czekając na lepsze zastosowanie (bo inne niż podstawowe też posiada) a ja zarzuciłam na czas bliżej nieokreślony marzenia o domowych frytkach.

Jakiś czas później znalazłam jednak (także w Lidlu) blachę do pieczenia frytek. Zakupiłam ją i któregoś dnia postanowiłam upiec frytki. Pokrojone ziemniaki natarłam olejem kokosowym i wstawiłam do nagrzanego do 180 st. C. piekarnika. Po pół godzinie zwiększyłam temperaturę o 20 st. C i włączyłam opcję grillowania z termoobiegiem. Niestety, okazało się, że termoobieg niekoniecznie działał i po kolejnych 10 min. wyjęłam takie trochę blade frytki…

frytki z pieca

Wiem, mogłam poczekać ale na raz da się zrobić tego niewiele a tu parę głodnych osób czekało, więc czas był wkładać kolejną porcję do pieca.

Tymczasem do kuchni przeszedł Dzeić Młodszy i radośnie obwieścił, że che frytki z maszyny i koniecznie takie. W sumie to miało swoje dobre strony, bo mogły się piec dwie porcje frytek jednocześnie. Tylko mądrzejsza o wcześniejsze doświadczenie ustawiłam temperaturę na 190 st. C (a nie, jak wcześniej 180) i czas na 25 a nie na 20 min. Poza tym mieszałam nie co 10 a co 5 minut te frytki. Dzięki temu przyrumieniły się regularnie na brąz a nie na czarno i nie było już wśród nich surowizny.

frytki z maszyny

Teraz już wiem, że następnym razem będę robić równolegle: w piekarniku i w maszynie. I tylko zarówno do jednego jak i do drugiego co chwilę będę musiała zaglądać. Ale przynajmniej będę mogła sobie powiedzieć, że takie frytki to też porcja warzyw, jedna z tych 2/5/8 (w zależności od aktualnie obowiązujących trendów), którą każdy zjeść w ciągu dnia powinien a nie jakieś tam śmieciowe żarcie.

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , | 4 komentarzy

Omlet

Wiem, danie tak banalne, że aż boli. Tylko ja nigdy wcześniej sobie czegoś takiego nie robiłam. Owszem,  dawno dawno temu zdarzało mi się smażyć coś, co nazywałam omletem, ale to były po prostu wymieszane resztki z panierowanych kotletów, ryb etc. Dziś zaś zrobiłam sobie prawdziwego omleta. Z uwagi na to, że ziół wciąż jeszcze nie hoduję, a kupione o tej porze roku trudno zaliczyć do zdrowej żywności, wyszło kalorycznie, ciężkostrawnie ale smacznie. Mogłabym uznać, że skoro połączyłam w tym daniu kurkumę z pieprzem i tłuszczem, to wyszło zdrowo… ale to byłaby już zdecydowanie przesada.

Omlet z serem

3 jaja

2 łyżki tartego (własnoręcznie) sera cheddar (może być parmezan, grana padano czy dowolnie wybrany wedle upodobania)

sól, kurkuma, curry lub pieprz czarny

1 łyżeczka masła do smażenia

omlet

1. Jajka wbić do miski, wsypać przyprawy i rozmącić widelcem.

2. Masę jajeczną wlać na patelnię z roztopionym masłem. Smażyć na wolnym ogniu co chwilę potrząsając patelnią tak, by płynna część dostawała się pod spód.

3. Kiedy góra jest już prawie ścięta połowę posypać serem i złożyć omleta na pół. Chwilę jeszcze potrzymać na gazie, po czym delikatnie zdjąć z patelni.

4. Jeść póki ciepłe.

Czas już zakupić nasiona rzeżuchy i posiać. Jeśli ktoś poza mną będzie zainteresowany omletem, to będę nie tylko smażyć na dwie patelnie ale i robić w (co najmniej) dwóch miseczkach. Ale już chciałoby się podjeść czegoś zielonego…

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Wariacje nt. scen z życia małżeńskiego VI

Tym razem prozą. Wszak życie pełnoetatowej gospodyni domowej to nie dramat (jakby się niektórym mogło wydawać), chociaż także i nie poezja. Wprawdzie swojego czasu bard śpiewał (a może i nadal śpiewa), że życie, życie jest krótkim utworem literackim pisanym prozą, charakteryzującym się wyraźnie zarysowaną i sprawnie skrojoną akcją główną, mocno udramatyzowaną, która zmierza do punktu kulminacyjnego* nowelą, ja jednak twierdzę, że raczej nieco dłuższą formą. Składa się jednak z epizodów, z których każdy można ująć w formę opowiadania. Więc opowiadam epizody z życia niejakiej pełnoetatowej gospodyni domowej, która jakiś czas temu urodziła się w mojej głowie i od czasu do czasu usiłuje z niej wyjść. Wszelkie podobieństwo do realnie żyjących ludzi jest przypadkowe i niezamierzone.

Zakupy

Wyszłam po zakupy. Gdy jednak dotarłam na targowisko zorientowałam się, że zupełnie zapomniałam, po co ja tu przyszłam. Zdarza się. Może nie wszystkim, ale ludziom takim jak ja, z deficytami mózgu tak. Wysyłam więc KWT SMS-a  do Małżoka z pytaniem, co ja miałam kupić, bo mi się zapomniało. Przysłał więc w odpowiedzi link. Otwieram a tu:

No to pojechałam w miasto, orientować się w cenach skuterów, nie bardzo zastanawiając się, po co mu to. Widać znudziło mu się stanie w korkach… Do domu przyjechałam wieczorem, zmęczona ale zadowolona – porobiłam zdjęcia samych pojazdów i ich cen. Małżonka zastałam wściekłego i głodnego. Kiedy próbowałam się z nim podzielić efektami moich poszukiwań powiedział, żebym sobie nie robiła z niego jaj, że chyba aż tak głupia nie jestem, bo po co mu skuter skoro ma samochód. Ja ryby miałam kupić na obiad. A on tak siedział parę godzin i czekał na mnie głodny.

*źródło

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , | 2 komentarzy

O sprośnych wariacjach XXVII czyli zielono mi

Wiosenna zielona jaglanka

0,5 szkl. kaszy jaglanej

1,5 szkl. wody

2 banany

1 łyżka łagodnego miodu (lipowy, faceliowy, rzepakowy etc.)

1 czubata łyżka młodego jęczmienia

1 czubata łyżka oleju kokosowego virgin

zielone sprośności

1. Kaszę uprażyć w suchym garnku o grubym dnie.

2. Zalać wrzątkiem, zamieszać, przykryć i gotować na małym ogniu do prawie całkowitego wchłonięcia wody.

3. Pod koniec gotowania dodać jęczmień, pokrojone w plastry banany, miód i olej kokosowy. Wymieszać, przykryć i gotować do całkowitego wchłonięcia wody.

4. Nie patrzeć na urodę potrawy tylko jeść. Bo zdrowe.

Teoretycznie można by się obejść bez miodu bo banany są wystarczająco słodkie. Tylko jakoś moje podniebienie buntuje się przeciw jęczmieniowi, więc musiałam go jakoś zagłuszyć… znaczy zasłodzić.

 

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Wiosna, wiosna, wiosna, to już ty?

krokusy, krokusyprymulki

przebiśniegi

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , | 2 komentarzy

Kalafior duszony z kurkumą

Kalafior duszony z kurkumą

1 opakowanie kalafiora mrożonego (o tej porze roku boję się kupować świeże)

1 łyżka oleju kokosowego virgin

1 łyżeczka kurkumy

duża szczypta curry

szczypta soli himalajskiej (opcjonalnie)

kalafior z kurkumą

Na patelni o grubym dnie rozgrzać olej kokosowy. Następnie wrzucić kalafior, odczekać aż się rozmrozi, wymieszać, dodać kurkumę, curry i sól. Dusić do pożądanej przez siebie miękkości.

Koniecznie należy sprawdzić, czy posiadane curry zawiera w składzie czarny pieprz, jeśli nie – czarnego pieprzu też należy dodać. Wówczas kurkuma w pełni ujawni swoje prozdrowotne właściwości.

Można jeść jako samodzielne danie, można zaś do mięsa obok (lub zamiast, jak to ja uczyniłam) ziemniaków.

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Dzień Mężczyzny

… dziś obchodzimy. Podobno. Święto stosunkowo nowe, zdaje się, że dopiero niedawno wprowadzone i mężczyźni nie poczuwają się do tego święta. No to nim złożę ewentualne życzenia zapytam ustami Danuty Rinn

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , | Dodaj komentarz