Kryptonim HHhH

Zamachów na Hitlera było wiele. Żaden się nie udał, jednak niejeden z nich doczekał się ekranizacji. Najwyższym rangą oficerem III Rzeszy, który zginął w wyniku zamachu był uchodzący za prawą ręką Heinricha Himmlera – Reinhard Haydrich uchodzący za prawą rękę Heinricha Himmlera, protektor Czech i Moraw. O tym zamachu właśnie traktuje film Cedrica Jimeneza „Kryptonim HHhH”. Tak przynajmniej jest reklamowany. W rzeczywistości jednak film podzielony jest na dwie części. W pierwszej ukazana jest kariera Haydricha i ściśle z nią związane życie osobiste. Trudno się jednak dopatrzyć tutaj cech hitlerowca, które sprawiły, iż w strukturach SS zaszedł tak wysoko. Widać wyraźnie jedynie jak wiele ofiar kosztowało wprowadzanie w życie jego decyzji. Dopiero w drugiej części twórcy skupiają się na samym zamachu i na jego skutkach dla ludności cywilnej Czech.

I ten właśnie podział jest najsłabszą stroną filmu. Zdecydowanie wolałabym obejrzeć dwa filmy. Jeden, który byłby biografią Haydricha, pozwalającą zrozumieć co – poza poparciem zakochanej w nim kobiety – sprawiło, że zaszedł tak wysoko, że śmierć jego Himmler uznał za stratę większą niż przegrana bitwa. Drugi zaś opowiadający o samym zamachu, o kulisach podjęcia decyzji zabicia tego konkretnego hitlerowca, nieco bardziej dokładnie ukazujący przygotowania do zamachu, realia życia w okupowanych Czechach i wyjaśniający dlaczego Czesi niekoniecznie uważają ten epizod swojej historii za chwalebny. No dobrze, mogłabym nawet obejrzeć tylko jeden z tych filmów, nawet ten o zamachu nie musiałby wyjaśniać dlaczego Czesi się tym nie chwalą, wystarczyłoby, żeby twórcy zdecydowali się o czym tak naprawdę ma być obraz. A tak to obejrzałam film pokazujący trochę po łebkach karierę jednego z najważniejszych ludzi III Rzeszy i nieznacznie bardziej dokładnie zamach na niego. Czyli stanowczo za mało.

 

Reklamy
Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , , , | Dodaj komentarz

Le(t’s)go

WP_20180218_16_36_52_ProTen weekend w jednej z toruńskich galerii handlowych należał do koncernu LEGO. Wybraliśmy się trochę późno, bo dopiero dziś wieczorem… i wyszliśmy tuż przed zamknięciem galerii. Bynajmniej nie dlatego, że były konkursy dotyczące klocków, bo na tych Dzieci się nie znają. Nie startowały także w konkursie na najwyższą wieżę wybudowaną w określonym czasie. Nawet nie spędziły zbyt wiele czasu na próbach wybudowania czegokolwiek z klocków, wszak ostatnie ich budowle to były klocki  duplo,WP_20180218_16_36_28_Pro później zaś wymagające zdecydowanie mniej kreatywności a więcej precyzji Lego Friends czy inne Nindżago. To, co najbardziej pociągało Młodzież to możliwość jazdy samochodami. Jak to często się zdarza Pan dbający by dzieci sobie krzywdy nie WP_20180218_16_37_35_Prozrobiły i jeździły przepisową ilość czasu uznał, że mama niepotrzebnie zakazuje swoim Dzieciom się ścigać i gorąco zachęcał je do tego. Po którejś z kolei przejażdżce Dziecia Młodszego już raczej zachęcał do ostrożnej jazdy. Jakoby trochę za późno… Cóż, patrząc na moje Dzieci w samochodach można było dostrzec dwójkę stereotypowych kierowców: brawurowego mężczyznę i niezdecydowaną kobietę. I tak jakoś wyszło, że ostatni swój rajd dzieci, zachęcane za pierwszym razem do ścigania się, zakończyły przed czasem… właśnie dlatego, że się ścigały. I to nie nadgorliwa mama je ściągała przed czasem z samochodów tylko ten pan, co sugerował, że nie ma co słuchać mamy.

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , | 2 Komentarze

Ostatnia rodzina

Tak się dziś złożyło, że w ważny dla katolików dzień wypada także mające z naszą katolicką tradycją nic wspólnego święto. Na tę okazję warto obejrzeć sobie film o takiej jednej rodzinie, w której katolicyzm koegzystował z fascynacją popkulturą czyli „Ostatnią rodzinę”.

Właściwie to nie wiem dlaczego sięgnęłam po ten film. Dlaczego sięgnęłam swojego czasu po książkę Magdaleny Grzebałkowskiej „Beksińscy. Portret podwójny” wiedziałam – po prostu od lat ceniłam twórczość Zdzisława i od dawna żałowałam, że w stosownym czasie przegapiłam trójkowe audycje Tomka, chociaż muzycznie było mi do niego blisko. Po wysłuchani książki powinnam była wiedzieć, że film o tyleż genialnych co trudnych Beksińskich nie jest mi do szczęścia potrzebny – wiem już jacy byli przedstawiciele rodziny i wiem, że żadnego nie byłam w stanie polubić.

Po lekturze książki Grzebałkowskiej obejrzenie filmu Jana P. Matuszyńskiego nic do wiedzy nt. rodziny Beksińskich nie wnosi. Twórcy filmu w wywiadach twierdzili, że biografii Beksińskich nie czytali i chyba im wierzę, bowiem w filmie zabrakło mi tego, co było w książce – genezy stosunków ojca z synem. Jedyne co widać wyraźnie to rola Zofii Beksińskiej w tej rodzinie. Film zaczyna się wyprowadzką Tomka z mieszkania rodziców do własnej kawalerki, nie wiemy więc jaki Tomek był wcześniej, jak układały się jego relacje z rodzicami i co ewentualnie mogło sprawić, że był taki choleryczny. Film pokazuje jak to wszystko wyglądało, Grzebałkowska w swojej biografii stara się wyjaśnić dlaczego tak. O ile hołduję zasadzie: najpierw książka potem film, tak tu zdecydowanie uważam, że jeśli ma być i książka i film, to lepiej zacząć od filmu. Książka będzie znakomitym uzupełnieniem, obrazowi malowanemu przez Matuszyńskiego doda głębi, pozwoli lepiej zrozumieć pewne jego szczegóły.

Skoro trochę ponarzekałam na film warto wspomnieć o najmocniejszej jego stronie czyli o odtwarzających główne role aktorach. Andrzej Seweryn, choć w oryginale mało do Zdzisława Beksińskeigo podobny, dzięki charakteryzatorom i dobremu naśladowaniu mimiki niemal do złudzenia przypomina pierwowzór, co widać zwłaszcza na obrazkach końcowych czyli na krótkich filmikach prezentujących rodzinę Beksińskich. W niczym nie ustępuje mu Dawid Ogrodnik jak zawsze świetny w roli nadwrażliwych utalentowanych młodzieńców. Tak świetny, że aż życzę mu jakiejś innej roli, żeby mu ta szufladka nie przeszkodziła w dalszej karierze, do jakiego bowiem wieku można grać młodych nadwrażliwych. Aleksandra Konieczna – taka do bólu matka Polka, że kiedy się patrzy na jej troskę o syna trudno powiedzieć kogo bardziej żałować – cierpiącej z powodu skłonności samobójczych syna matki czy skrzywdzonego nadopiekuńczością syna.

Wygląda więc na to, że „Ostatnia rodzina” to dobry film… tylko zwracający uwagę nie na te aspekty życia Beksińskich, które mnie najbardziej interesowały. No i irytujący. Głównie za sprawą trójki irytujących bohaterów. Czyli znów – czepiam się zalet filmu, bowiem aktorzy byli dokładnie tak irytujący jak bohaterowie przez nich odgrywani i ani odrobinę bardziej.

Za największą zaletę „Ostatniej rodziny” uważam chyba to, że teraz, kiedy znajdę się w dołu psychicznym, będę mogła przypomnieć sobie Dawida Ogrodnika w roli Tomka Beksińskiego i całkiem trzeźwo stwierdzić, że moje stany depresyjne są niczym w porównaniu z tym, z czym się zmagał młody dziennikarz przez większą część życia. Wiem, fakt, że inni mają/mieli gorzej to kiepskie pocieszenie, jednak czasem pozwala na pewne sprawy spojrzeć z innej perspektywy.

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , | Dodaj komentarz

Wożąc Panią Daisy

Wczorajszy seans przypomniał mi o głęboko ukrytej gdzieś w czeluściach mojej płytoteki płycie o innym, zdecydowanie mniej szalonym ale bynajmniej nie mniej sympatycznym kierowcy. „Wożąc Miss Daisy” to uroczy film o przyjaźni dwojga niemłodych już ludzi: starej, zrzędliwej Żydówki i spokojnego, upartego Murzyna.

Zamożny biznesmen Boolie Werthan, po tym jak matka rozbiła samochód postanawia zatrudnić dla niej kierowcę. Wybór pada na niemłodego już czarnoskórego Hoke’a Colburna. Boolie dobrze zna rodzicielkę więc wie, że kierowca, którego staruszka „przecież wcale nie potrzebuje” nie będzie miał z nią łatwo dlatego też zatrudniając go od razu zastrzega, że Hoke pracuje dla niego, co oznacza, że matka nie może go zwolnić. Hoke okazuje się pracownikiem idealnym. Skoro starsza pani nie zamierza z nim jeździć znajduje sobie w domu inne zajęcia, zrzędzenia starszej pani przyjmuje ze spokojem i z uśmiechem na twarzy. Z czasem udaje mu się przekonać panią Daisy do siebie jako kierowcy, później, stopniowo do siebie jako człowieka.

Niby przez ponad półtorej godziny nic się nie dzieje: czas płynie, włosy Booliego siwieją, na twarzach pani Daisy i jej kierowcy przybywa zmarszczek… ot, życie toczy się powoli swoim rytmem. Więź między panią Daisy a jej kierowcą rodzi się stopniowo, stopniowo z duetu: kierowca i niechętna mu pasażerka, przechodzi w kierowca i jego pasażerka, by na końcu pozostało już dwoje bardzo starych przyjaciół.

„Wożąc panią Daisy” to bardzo ładny film o starości. Nie przygnębiający ale też nie głupkowato wesoły w stylu wesołe jest życie staruszka. Po prostu Bruce Beresford pokazuje, że nawet w jesieni życia może się znaleźć miejsce na przyjaźń. Nawet z kimś, kogo początkowo się nie tolerowało. Oczywiście pomysł na piękny film to jedno, ale by osiągnąć efekt potrzeba dobrać odpowiednich aktorów. Cała trójka: Jessica Tandy w roli pani Daisy, Morgan Freeman w roli Hoke’a i Dan Aykroyd jako Boolie sprawia, że do film chętnie ogląda się po raz drugi, trzeci… kolejny i za każdym razem z jednakową przyjemnością.

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , | 2 Komentarze

Baby Driver

Baby jest kierowcą. Bardzo dobrym kierowcą. I tak się złożyło, że ma dług u bossa mafii, więc dopóki go nie spłaci musi wozić gangsterów na miejsce akcji a gdy już jest po wszystkim uciekać przed pościgiem. Jednak Baby do dobry chłopak, czeka tylko aż spłaci swój dług i zacznie normalne życie. Najlepiej u boku nowo poznanej kelnerki. Jak to zwykle w takich sytuacjach bywa, w akcji, która ma być tą naprawdę ostatnią dochodzi do komplikacji.

Film Edagra Wrigrhta ogląda się z prawdziwą przyjemnością. Nie tylko dlatego, że pełen jest widowiskowych pościgów. Baby bowiem posiada jedną cechę, która sprawa, że zasadniczo różni się od innych ludzi – każde jego działanie napędza muzyka. Nie ruszy więc dopóki nie włączy odpowiedniego do sytuacji kawałka, przez co praktycznie cały film sprawia wrażenie sprawnie zrealizowanego teledysku czy raczej ciągu teledysków do płyty z serii greatest hits. Nie będę się bawić w wyliczankę utworów z tej prostej przyczyny, że o muzyce mam niewielkie pojęcie. Kiedyś potrafiłam z pamięci wymienić całą dyskografię Quuen i praktycznie każdą piosenkę przypisać do właściwej płyty, dziś nawet i to przyszłoby mi z trudem. Jednak o tym, że  „Brighton Rock” – jeden z ulubionych kawałków kierowcy przepięknie ilustrujący finałowy pojedynek,  pochodzi z  trzeciej  zespołu czyli „Sheer Heart Attack” pamiętałam.

Kolejna, równie istotna zaleta filmu to humor. Nie z gatunku tych, sprawiających że po seansie masujemy obolałe od śmiechu policzki, raczej z tych sprawiających że praktycznie przez cały seans uśmiech nie schodzi z twarzy. Oczywiście są też sceny jak ta z halloweenową maską Michaela sprawiające, że uśmiech uśmiech się poszerza, ale zasadniczo „Baby Drivera” uznałabym prędzej za film sensacyjny napędzany muzyką niż za komedię. Chociaż, tak naprawdę to chyba dziś, w czasach kiedy łączy się wszystko ze wszystkim, jakiekolwiek szufladkowanie gatunkowe jest pozbawione sensu.

Dodatkowym atutem Baby Drivera jest obsada. Ansel Elgort jest wprost stworzony do roli uroczo chłopięcego i cokolwiek nie przystającego do otaczającej go rzeczywistości tytułowego bohatera. Lily James w roli Deborah przywodziła mi na myśl Madchen Amick w roli Shelly z „Miasteczka Twin Peaks”, a to jak najlepsze skojarzenie. Kevin Spacey w roli Doca czyli demonicznego szefa mafii – jak zwykle świetny… Tak z perspektywy czasu złośliwie można by zauważyć, że po prostu w rolach facetów, od których młodzi chłopcy powinni się trzymać z daleka, bo w przeciwnym razie długo będą żałować Spacey sprawdza się w filmach równie dobrze jak w życiu. Jednak bez złośliwości stwierdzę, że nie zważając na życie prywatne aktora, warto obejrzeć jak sprawdza się w tej roli w tym konkretnym filmie. Podobnie zresztą jak warto obejrzeć pozostałych aktorów, na których miejsca w recenzji już brak. Po prostu brak tu słabych ról, nawet do epizodów aktorzy dobrani zostali idealnie.

Teoretycznie mogłabym się przyczepić do zakończenia, jakby nie przystającego do całości obrazu. Rzecz w tym, że w trakcie filmu zdawałam sobie sprawę, jak tego typu filmy się na ogół kończą i takiego „typowego” zakończenia się spodziewałam… i bardzo nie chciałam, żeby taki właśnie był koniec. Więc skoro nie był, co więcej zakończenie było z gatunku tych, jakich nie lubię, to nie mam innego wyjścia jak uznać zakończenie za kolejny atut filmu… choć spotkałam się z opinią, iż jest to jedyny słaby punkt „Baby Drivera”.

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , , | Dodaj komentarz

Taka jedna kultowa piosenka

Mimo upływu lat nie nudzi mi się…

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , | 2 Komentarze

Torebka, torebeczka, torebunia

To była miłość od pierwszego wejrzenia. Zobaczyłam ją w galerii handlowej, która na moment zamieniła się w galerię sztuki i rzemiosła i się zakochałam. Niby nic nadzwyczajnego: czarna na szarym tle ale jak patrzyła na mnie swoimi wielkimi oczami. Wówczas jednak uznałam, że mam ważniejsze wydatki, że nie potrzebuję kolejnej. Nie ważne, że kusiła, iż w prezencie dostanę do kompletu portfel, nie ważne, że wewnątrz miała kieszeń, która po odpięciu mogła służyć ze etui na tablet lub mały laptop – miałam ważniejsze wydatki.

Tak w każdym razie było w sobotę. Jednak przez noc dojrzałam do tego, że ja bez niej żyć nie mogę, więc w niedzielę udałam się znów do galerii, by ją posiąść. Niestety, nie ja jedna zakochałam się w spojrzeniu tych wielkich ócz, tylko ta inna bardziej była pewna swojego pragnienia i z galerii wyszła wraz z Nią.

Czas mijał a ja zapomnieć o Niej nie mogłam. Wiedziałam, że jeśli jeszcze kiedyś Ją spotkam, będzie moja, choćbym miała w tym celu zadzwonić do bociana czy innego prowajdenta. Szukałam Jej na Jarmarku Bożonarodzeniowym, rozglądałam się za Nią na Wolnym Jarmarku Toruńskim zdaje się, że na śniadaniowy przemianowanym… i nic.

Dziś miał być dzień jak co dzień, niedziela jak każda inna. Tyko że z okazji zakończenia semestru mogłam pójść i obejrzeć czego nauczył się Dzieć Młodszy podczas zajęć w szkole tanecznej. Pokazy były tak udane, że uznałam iż warto ten piękny dzień uczcić kawą z rogalem w pobliskiej galerii handlowej. Niestety, Dzieć Młodszy się rozchorował, poszłam więc jedynie ze Starszym, obiecując niedomagającemu ciastko. Wchodzę więc do galerii z Dzieciem a tu galeria znów na chwilę zamieniona w galerię sztuki i rzemiosła. Szklane bibeloty, biżuteria z kamieni półszlachetnych, ręcznie szyte ubranka, maskotki i torebki… a pośród tych ostatnich Ona, znów wpatrzona we mnie swoimi wielkimi oczami. Ostatnia pozostała. Wiedziałam, że jeśli teraz Jej nie nabędę, już więcej jej nie spotkam. Co więcej, nie tylko ja Ją zapamiętałam, Pan od torebek zapamiętał także mnie i to, co mi wówczas obiecywał czyli portmonetkę/kosmetyczkę gratis. Teraz więc patrzą na mnie obie swoimi wielkimi, jasnymi oczami i wiem, że należymy do siebie. Dopóki śmierć lub zużycie materiału nas nie rozłączy.

torebunia

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , | 8 Komentarzy

Najbrzydszy obiad pod słońcem

…ale jaki pyszny

łosoś

Jakby kogo skład surowcowy interesował to na talerzu, oprócz widelca widać:

– łososia gotowanego na parze,

– frytki samodzielnie krojone i pieczone (piekłam zarówno w piekarniku jak i w maszynie, nie pamiętam, które fotografowałam),

– surówkę z jabłek i marchwi.

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , | 8 Komentarzy

W cukierni

Zdarza się, kiedy Dzieć ma przerwę pomiędzy szkołą a zajęciami dodatkowymi zbyt długą, by od razu udać się na zajęcia a zbyt krótką, by wspólnie coś w domu porobić, na mnie zaś akurat żadna pilna robota nie czeka, że chodzimy do najbliższej kawiarni na kawę/herbatę i ciastko. Wraz z Nowym Rokiem zniknęła ulubiona kawiarenka Dziecia, co zresztą mnie nie zdziwiło, bo to zasadniczo lodziarnia była, więc zimą ruch niewielki nawet jeśli kawa tania i smaczna jak na swoją cenę a i ciastka nie najgorsze. Skoro jednak zamknęli to warto przejść się gdzie indziej. Tak w sumie niedaleko od domu (w pół drogi między szkołą a domem, na wysokości szkoły Dziecia Drugiego) jest cukiernia. Chyba bardzo wiekowa, starsza z pewnością niż mój żywot w Toruniu. Do niedawna miała wystrój kojarzący mi się ze starymi dobrymi (bo dzieckiem wówczas byłam) czasami PRL-u, do jakiegoś czasu już poszczycić się może nieco bardziej nowoczesnym wystrojem. Czego się nie da powiedzieć o personelu. Pani zza lady bowiem chyba trochę lepiej pamięta czasy PRL-u niż ja.

Wchodzimy więc do cukierni, stajemy przy kasie i Dzieć ogląda ciastka, decydując co chciałby zamówić, ja zamawiam:

– Proszę podwójne espresso i kokosankę.

– A nie będzie lepsza zwykła czarna kawa?

– Nie będzie. Zdecydowanie wolę podwójne espresso.

podwojne espresso z kokosankąNie wiem jak długo jeszcze byśmy sobie z Panią zza lady (nie wiem jak ją nazwać – kelnerka nie, bo zarówno pełne jak i puste filiżanki i talerzyki nosi się samemu, ekspedientka też nie, bo tę kawę to jednak zrobić musiała, baristką – jak wskazuje powyższy dialog też raczej nie była) gdyby ta nagle nie opuściła swojego stanowiska w trybie bardzo przyspieszonym i nie przyczepiła się do klamki drzwi od toalety wołając:

– Proszę natychmiast stamtąd wyjść!!! To toaleta dla klientów a pan nic nie zamówił!!!

Na próżno człowiek próbował tłumaczyć, że miał zamiar zamówić ale potrzeba była pilniejsza, że jest stałym klientem i nawet gotów był zapłacić za możliwość zaspokojenia tej najbardziej z podstawowych potrzeb, Pani była nieugięta. Pieniędzy od Pana nie chciała, bo toaleta nie jest płatna, Panu odechciało się składać zamówienie za to zapragnął porozmawiać z kierownikiem. Czym się rozmowa z kierownikiem skończyła i czy w ogóle do niej doszło nie wiem, ale Pani zza lady wykłócała się z Panem z potrzebą jeszcze kiedy ja już skończyłam swoje podwójne espresso i kokosankę a Dzieć zamówione przez siebie ciastko.

Wygląda więc na to, że cukiernia straciła co najmniej troje klientów, z czego – jeśli to co mówił Pan z potrzebą było prawdą – jednego stałego. Ja tam bowiem wracać nie zamierzam, bo kawę i ciastko potrafię sobie zrobić w domu lepsze a obsługa raczej odstrasza niż zachęca. Dzieć pewnie też raczej tam nie wróci, bo za mały na samodzielne włóczenie się po kawiarniach i cukierniach a poza tym zna już lepsze w najbliższej okolicy. Nie sądzę też, żeby Pan z potrzebą zechciał jeszcze tam się pojawić nawet jeśli jego jedyną potrzebą będzie potrzeba zjedzenia ciastka i wypicia kawy bądź herbaty.

Słuchając krzyków Pani zza lady i argumentów Pana z potrzebą przypomniało mi się, że były czasy kiedy na toaletach w różnych jadłodajniach podana była cena z adnotacją, że dla klientów bezpłatnie. I ja się pytam: komu to przeszkadzało?

 

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Zaczytani w Lidlu

Jak po książkę to tylko do Lidla, do Lidla, do Lidla…

zaczytani w Lidlu

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , | Dodaj komentarz