Pojutrze

Hollywoodzkie superprodukcje to niekoniecznie jest coś, co lubię. Chociaż ostatnimi czasy potrafię wybrać się do kina tylko dla efektów specjalnych, nawet mając świadomość, że fabuła to tylko pretekst dla tych efektów. Kiedy jednak grali w kinach „Pojutrze” nie widziałam powodu, by się na ten film wybrać. Kiedyś, parę lat parę lat później, kiedy inne wizje zagłady ludzkości królowały na dużych i małych ekranach, rozmawiałam z koleżanką o ewentualnych scenariuszach końca naszego świata. Powiedziała mi wówczas, że scenariusz taki jak z „Pojutrze” jest prawdopodobny, choć wszystko nie potoczyłoby się aż tak szybko. O rozmowie przypomniałam sobie całkiem niedawno, kiedy czytałam wywiad z klimatologiem, w którym ten opowiadał, jak miał przeprowadzić zajęcia ze studentami i wyśmiać scenariusz zmian klimatycznych z filmu Emmericha, a w trakcie oglądania cokolwiek się przeraził, bo uznał, że ten scenariusz jest bardzo prawdopodobny. Kiedy więc zobaczyłam, że mogę ów film obejrzeć w telewizji, skorzystałam z okazji. Faktycznie, gdybym w 2004 roku wybrała się na to do kina, wyszłabym zła na siebie z powodu straty pieniędzy. Teraz jednak patrzyłam z uczuciem: jaka piękna katastrofa nam się szykuje, bowiem wizualnie film faktycznie prześliczny. I skoro już wiem, że fachowcy od klimatu twierdzą, że nawet prawdopodobny – przerażający. Zwłaszcza że Polska, jakby nie kręcić globusem, znajduje się na zagrożonej połowie globu, a Europa Południowa czy północna Afryka nie wydają się miejscami, do których chciałoby się uciekać, bo mogłaby to być ucieczka z deszczu pod rynnę. Fabularnie – wątek naukowca wieszczącego (na podstawie posiadanych danych) katastrofę, którego nikt nie słucha byłby nudny, gdyby nie fakt, że życiowy. Gospodarka czy raczej interesy koncernów ewentualnie spokojny elektorat, są ważniejsze niż wyniki jakichkolwiek badań sugerujących, że trzeba poświęcić trochę zysków i zmusić masy pracującego ludu do wyjścia poza strefę komfortu. Wątek ojca wyruszającego na ratunek synowi – bardzo amerykański i nudny. Ale z uwagi na piękne okoliczności przyrody, w jakich podróż ojca się odbywa – miły dla oka. Jeśli idzie o obsadę – nikt mnie szczególnie nie zachwycił, ale też i film nie daje pola do popisu aktorom. Czasu poświęconego na oglądanie przepięknej katastrofy zdecydowanie nie żałuję. I jeśli już mam zginąć w wyniku katastrofy klimatycznej, to zdecydowanie wolę tę niż jakąś chorobę tropikalną przyniesioną przez obcy do tej pory naszemu klimatowy gatunek owada. Ale ponieważ w życiu zasadniczo nie jest tak, jak w filmie, przynajmniej tym made in Hollywood, to z pewnością efekty katastrofy klimatycznej będą jeszcze inne. Takie, jakie żadnemu scenarzyście do głowy nie przyszły, wszak nawet klimatolodzy spekulują ale wszystkiego nie są w stanie przewidzieć.

Reklamy
Opublikowano film | Otagowano , , , , , | Dodaj komentarz

O ubytkach. Podwójnych

Ubyło mi dziś trochę. Najpierw zębów w jamie gębowej, później – stów z konta. Oba ubytki bolą, tylko na ten pierwszy mam leki, na ten drugi… cóż, mam książki, których lektura pozwoli mi zapomnieć o nim. No i zachomikowane oszczędności, które i tak co miesiąc przyrastają, więc w sumie chyba bardziej sobie wmawiam, ten ból po utracie pieniędzy niż odczuwam go faktycznie. A może po prostu to ból typu bo jakże to tak: i zęby i pieniądze stracić? Zazwyczaj jak tracę pieniądze to zyskuję coś w zamian: a to książkę do poczytania a to chwilę czasu wolnego od Dzieci na poczytanie tejże książki, a to dobrą kawę do wypicia przy książce. A co teraz zyskałam? Nic, ino ból, większy od tego, który towarzyszył uszkodzonym zębom. I nadzieję  że wkrótce (czyt. za tydzień) ów ból przeminie.

Z tym przemijaniem bólu po zębach to jednak obawiam się, że łatwo nie będzie. Wprawdzie tym razem nie usłyszałam, że na ból po wyrwanym zębie powinien wystarczyć Apap, jak mi to sugerowała dentystka, która mi poprzedniego zęba wyrywała. Nie wystarczył, co mnie skutecznie zniechęcało do usuwania kolejnych zębów. Tym razem dostałam dwa antybiotyki i jakiś przeciwból, z którym do tej pory nie miałam do czynienia. Kiedy czytałam listę skutków ubocznych antybiotyków, to się zastanawiałam na czym gorzej wyjdę: za zażywaniu ich czy na niezażywaniu. Lista potencjalnych skutków ubocznych przeciwbóla jest równie imponująca, tylko w tym przypadku chyba poszukam w sieci jak naturalnie walczyć z bólem, może się da. Jak nie – to łyknę pastylkę, z nadzieją, że nie będę musiała przynajmniej tych przez tydzień łykać. A po tygodniu trzeba się będzie leczyć ze skutków ubocznych antybiotyków, bo te są zawsze. Po prostu trzeba będzie zasiedlić czymś dobrym wyczyszczone ze wszystkiego jelita. Tymczasem czeka mnie tydzień diety półpłynnej, pełnej czosnku, imbiru, kurkumy i cynamonu oraz soku z kiszonych buraków i ogórków; pozbawionej cukru i z ograniczoną ilością owoców. I z nadzieją, że to wszystko dobrze się skończy.

Tymczasem zdążyłam zakochać się w stomatologu. Nie, żeby był jakoś zabójczo piękny, bo po prawdzie zbyt zestresowana byłam, by mu się przyglądać. Urzekło mnie to, że nucił w trakcie pracy. Melodii nie rozpoznałam, ale przynajmniej nie fałszował. Czyż to nie jest urocze – dłubać pacjentowi (unieruchomionemu przez asystentkę) w krwawiących dziąsłach i sobie podśpiewywać?

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , , | 4 Komentarze

Kiedy dzień jest niehandlowy takie słyszy się rozmowy

Od jakiegoś czasu Sarasti widywała w socjal mediach w niedziele niehandlowe wizerunek Wieszcza z podpisem: Widziałem lud, co bez celu się błąka, zamknięty Lidl, zamknięta Biedronka. Pochlebiała sobie, że nie jest częścią tego ludu – ona zawsze wiedziała dokąd i po co wybiera się w niehandlowe niedziele. Bywało, że po prostu pochodzić sobie wzdłuż Wisły samotnie lub z resztą rodziny, bywało zaś, iż był to Rynek Nowomiejski, gdzie wybierała się w poszukiwaniu lokalnych specjałów oferowanych na nieobjętym zakazem handlu wolnym jarmarku. Tak było i tym razem. Zakupiwszy kilka luksusowych dóbr spożywczych kierowała się w stronę przystanku tramwajowego. Za sobą usłyszała rozmowę dwóch, na pierwszy rzut ucha zdawało się młodzieńców: teraz jak zakupów nie można zrobić to trzeba spędzać czas z rodziną przy rosole. Sarasti zdziwiła się, o ile pamięć ją nie myliła, zakaz handlu nie obejmował restauracji i jeśli komuś nie pasował rosół w domu z rodziną zawsze mógł pójść na burgera czy innego kebaba z przyjaciółmi i zamknięte sklepy nie miały nic do tego… Rozmyślania przerwał jej nadjeżdżający tramwaj. Nim do niego wsiadła, zadzwoniła jeszcze do Małżonka z prośbą o włączenie gazu pod garnkiem z wodą, zaraz bowiem będzie w domu i ugotuje makaron. Po udanych zakupach wracała bowiem do domu, by spędzić z rodziną niedzielne popołudnie przy rosole.

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , , | Dodaj komentarz

Day after

 

 

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano | Dodaj komentarz

Różana bombonierka

Różana bombonierka

(proporcja na ok. 50 czekoladek)

150 g orzechów nerkowca

50 g konfitur z płatków róży

3 czubate łyżki nierafinowanego cukru pudru (lub syropu z agawy)

200 g gorzkiej czekolady (+/- 70%, bardziej gorzka zdominuje smak nadzienia)

1. Czekoladę stopić w kąpieli wodnej, zostawić do ostygnięcia, dbając jednocześnie by nie stężała. A w tym czasie:

2. orzechy wrzucić do malaksera, miksować na proszek. Do proszku dodać różę i cukier puder/syrop z agawy. Miksować do uzyskania masy.

3. Z masy formować kulki takiej wielkości, by zmieściły się do silikonowych foremek tak, by mogły być ze wszystkich stron oblepione czekoladą.

4. Silikonowe foremki napełnić do połowy czekoladą.

5. W foremkach układać orzechowo-różane kulki.

6. Przykryć kulki resztą czekolady.

7. Włożyć czekoladki do lodówki na kilka godzin, najlepiej na całą noc.

Jeśli bombonierka nie jest przeznaczona dla małych dzieci odrobina wódki nie zaszkodziłaby.

Opublikowano słodkości | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Grzanka z serduszkiem

Niezależnie od jutrzejszego święta Dzieć mój Starszy generalnie ma hopla na punkcie serduszek. Kiedy więc zakupiłam na prośbę Dzieci książkę „Gotuj z Biedronką” (Miraculous, nie supermarketem) to pierwsze, co Młodym wpadło w oko to właśnie jako sadzone w grzance czy jak to się tam nazywało, więc postanowiłam popróbować. Oczywiście przepis odtwarzany z pamięci, bowiem książka teraz gdzieś jest, lecz nie wiadomo gdzie czyli gdzieś pomiędzy porozrzucanymi po całym pokoju książkami Dzieci.

Walentynkowa grzanka z jajem

kwadratowy lub prostokątny chleb  (pewnie najlepiej by pasował tostowy, ale nie chodzi mi o to, żeby przez takie grzanki z serduszkiem ktokolwiek zawału serca dostał albo innej choroby, więc wybrałam pieczywo z bardziej ubogim składem chemicznym niż przeciętny chleb tostowy)

jajka (po jednym na grzankę)

masło

W kromkach chleba wykroić duże serduszka, najlepiej foremką do ciastek. Takie dziurawe kromki podsmażyć z obu stron na suchej patelni, dodać masło, jak to się roztopi w serduszko wbić jajo i smażyć aż się białko zetnie. Delikatnie zdjąć z patelni i jak ktoś lubi to posolić, jak ktoś je szczypior o tej porze roku (ja zimą i wiosną nie mam zaufania do świeżej zieleniny) to sobie może posypać szczypiorem.

WP_20190209_21_34_22_Pro

Opublikowano śniadania | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Zwierciadło wody

Wycieczki do Inowrocławia to nie tylko zakupy w pijalni wód i okrążanie tężni. A może tylko? Rzecz w tym, że do Pijalni i do tężni trzeba dojść, a droga piękna o każdej porze roku. Nawet wtedy, gdy śnieg właśnie się topi. Wówczas można na przykład podziwiać drzewa i krzewy odbijające się w Stawiku, który trzeba przemierzyć, by dojść do tężni.

Opublikowano podróże małe i duże | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

Jak na zakupy to tylko do Inowrocławia

W tym roku upodobałam sobie Inowrocław na wypady weekendowe. Taka namiastka morza – wprawdzie nie popływam, nie posłucham szumu fal, nie pochodzę bosymi stopami po piasku i nie opłuczę stóp morską falą, ale co się jodu nawdycham to moje. I przede wszystkim łatwiej dojechać niż do Gdańska – raptem niecałe pół godziny pociągiem, więc Małżonek może w domu spokojnie sporty zimowe uprawiać oglądać. No i do Inowrocławia jeżdżę nie tylko po jod ale i na zakupy. Gdzie indziej za pięć małych (0, 33 l) butelek wody gazowanej i trzy małe opakowania landrynek zapłacę prawie 50 zł? Tylko w pijalni wód w Ino (pewnie w innych uzdrowiskach też, ale nie każdą wodą jestem zainteresowana). No dobra, wody to wody lecznicze i jedna butelka wystarcza na trzy dni a landrynki to cukierki solne (5% solanki) pomocne w schorzeniach gardła. Woda smakuje obrzydliwie i trudno mi powiedzieć czy działa, bo to nie antybiotyk, żeby zadziałał od razu. No i nie lekarz mi ją dobierał tylko sama dobrałam sobie na podstawie opisu. Parę tygodni będę jeszcze popijać tę na choroby neurologiczne i nerwicę a później przerzucę się na wodę leczącą z depresji i niedoborów minerałów. Może pomoże. W każdym razie pijałam w życiu wody o gorszym smaku. Za to słodko-słone cukierki smakują całkiem ciekawie. Nie ważne, że w składzie mają syrop glukozowy (szkoda, że nie napisali z czego, łudzę się, że z ziemniaka) aromaty i niekoniecznie naturalne barwniki, Dzieci jak zaczynają kaszleć, to po landrynkach kaszel się nie rozwija, więc nie jest źle. Na razie przetestowałam poziomkowe (wybór Dziecia Starszego), miętowe (wybór Dziecia Młodszego), czarny bez i owoc dzikiej róży. Oczywiście najsmaczniejsze dwa ostatnie, bo to mój wybór. Dzieciom też bardziej smakują, niż to, co same wybrały. Jeszcze parę smaków do przetestowania jest, z solonym eukaliptusem eksperymentować nie zamierzam, mięta wystarczyła. Przede wszystkim jednak liczę, że wody pomogą.

 

Opublikowano podróże małe i duże, zakupy | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

Złocista owsianka

Taka pora roku nastała, że człowiek cokolwiek osłabiony chodzi. Poza tym wiek też robi swoje. Wprawdzie powiadają, że jak człowiek w pewnym wieku obudzi się i nic go nie boli, to nie wie, że żyje, ja jednak wolałabym w inny sposób niż cierpiąc na jakieś nieustające dolegliwości odczuwać życie. Trzeba się więc jakoś wzmacniać. Świeże owoce cytrusowe, banany czy warzywa z chłodni to zdecydowanie nie to samo co owoce i warzywa sezonowe w sezonie, warto więc poszerzyć zestaw środków stawiających na nogi. Na ratunek ruszają więc suple i podobno cudowne przyprawy. Tak więc eksperymentuję z kurkumą na różne sposoby (jednocześnie uważając, by nie przedawkować, bo co za dużo to nie zdrowo). Dziś dodałam ją do śniadaniowej owsianki.

Złocista owsianka

1/2 szkl. płatków owsianych bio

garść ekologicznej białej morwy

garść ekologicznych jagód goji

garść ekologicznych rodzynek

1 płaska łyżeczka ekologicznej kurkumy

szczypta pieprzu czarnego

szczypta mielonego imbiru

duża szczypta cynamonu cejlońskiego

2 łyżeczki musu kokosowego

wrzątek

Suche składniki wymieszać, zalać wrzątkiem nieco ponad mieszankę. Wymieszać aż się mus kokosowy rozpuści. Zostawić na godzinę, żeby płatki i bakalie wchłonęły płyn. Jeść. Efekt – cóż, za samą kurkumą nie przepadam i na słodko średnio się sprawdza, ale imbir, cynamon i słodycz bakalii jakoś to przykrywają.

Zamiast musu kokosowego i wody można użyć po prostu mleka kokosowego, ale wygodniej zrobić je samemu z musu, który składa się w 100% z kokosa niż przemierzać sklepy i targowiska ewentualnie eksplorując czeluście internetu, by znaleźć mleko o czystym składzie. Można też dodać innego mleka roślinnego (zwierzęcego pewnie też), ale skoro czuję się tak nijako, że potrzebuję wzmocnienia to wymyślając potrawy czy napoje wzmacniające idę po linii najmniejszego oporu. Jeśli superśniadania/obiady/kolacje/napoje/przekąski podziałają, to może i kreatywność się obudzi. Tymczasem realizuję plan minimum.

Opublikowano śniadania | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Ciche miejsce

Świat opanowały niebezpieczne stwory, które reagują na każdy dźwięk i natychmiast eliminują źródło tegoż. Ludzie, którzy chcą przeżyć muszą milczeć, poruszać się bezszelestnie i opracowywać strategie przetrwania. Rodzina Abbotów przetrwała pierwsze kilkadziesiąt dni apokalipsy i gotowa jest zrobić wszystko by przeżyć. To tyle jeśli idzie o zarys fabuły, żeby obyło się bez spojlerów.

Film od początku trzyma w napięciu. Już pierwsze kadry sugerują, że coś jest nie tak, brak jest jakichkolwiek dźwięków, krajobraz bezludny, choć ślady po tym, że jeszcze do niedawna był zamieszkany nadal bardzo wyraźne. Kiedy dochodzimy do bohaterów to widać, że poruszają się bardzo ostrożnie a porozumiewają jedynie przy użyciu języka migowego. Kiedy ktoś próbuje się odezwać od razu jest uciszany. Przyczyny dziwnego zachowania dość szybko się wyjaśniają i od chwili, gdy widać potwora w akcji napięcie nie opada poniżej pewnego poziomu. Bywają jednak momenty, kiedy zdecydowanie się podnosi.

„Ciche miejsce” wymusza oglądanie w skupieniu, bowiem nie może być mowy o tym, że nie patrząc na obraz z dialogów domyślę się o co chodzi, skoro wszystkie są migowe. Kolejną zaletą filmu są potwory, a konkretnie to to, że nie za często je widać w pełnej okazałości, przemykają bowiem szybko i dopiero pod koniec seansu jest okazja, by się dokładniej temu monstrum przyjrzeć. Z pewnością i gorsze porażki widywałam, jednak od lat nie zmieniłam zdania i uważam, że najlepszy potwór to taki, którego nie widać, który pojawia się na mgnienie albo widoczny jest tylko kątem oka gdzieś zza krzaka czy spomiędzy drzew/ruin/kamieni. Ale ja niewspółczesna jestem.

Większość horrorów opiera się na tym że bohaterowie postępują po prostu głupio, a potem się dziwią. O ile na zdziwienie mają czas. Tylko „Ciche miejsce” nie jest typowym horrorem, jest filmem o ludziach, którzy w ekstremalnych warunkach zdecydowali się przeżyć, dlatego fakt, że pewne zachowania pełnoletnich bohaterów były dla mnie nie do końca zrozumiałe uważam za minus produkcji. Nie wielki, bo być może ktoś by mi racjonalnie umiał wytłumaczyć dlaczego jednak ich zachowanie było mądrzejsze niż proponowane przeze mnie. Zachowania dzieci też były nie zawsze racjonalne, ale to dla dzieci typowe. Co więcej, byłam w stanie je zrozumieć.  Skoro już o dzieciach mowa – małoletni aktorzy byli znakomici. Dorośli również, ale wiadomo, dziecko jeszcze bez szkół aktorskich to mu zasadniczo trudniej. Tym bardziej w filmie, w którym mówić zasadniczo nie może.

Gdyby mi przyszło oceniać ten film, byłoby to mocne 5/6, choć nie bardzo potrafię powiedzieć czego mi do tej szóstki brakło. Najprawdopodobniej właśnie „tego czegoś”, co sprawia, że uważam dzieło za wybitne a nie tylko za bardzo dobre.

Opublikowano film | Otagowano , , , , , | Dodaj komentarz