O tym, że mnie nie szkoda lata

Jesień zbliża się wielkimi krokami. Wprawdzie wciąż jeszcze dominuje zieleń i na drzewach wciąż wiszą kasztany, jednak powoli, gdzieniegdzie zieleń ustępuje już barwom jesieni… szkoda tylko, że to nie na skutek naturalnej zmiany barw liści przed opuszczeniem drzewa tylko w efekcie działalności pasożyta o nazwie zbyt trudnej, by mój zdemielinizowany mózg zdołał ją zapamiętać. Dlatego w tym roku bukietów z liści kasztanowca już nie będzie, choć może z innych będą.

Owszem, lata mi nie szkoda, ale jesieni już trochę tak. Kiedy patrzę na to, jak mało jarzębiny czerwieni się pod moim oknem, kiedy temperatura spada tak gwałtownie, że jednego dnia chodzę w krótkim rękawie, drugiego zaś już w kurtce, to obawiam się, że złotej polskiej jesieni może w tym roku nie być, że może się stać tak, jak to się kiedyś zdarzało – po prostu któregoś pięknego dnia liście zbrązowieją nim zdążą zżółknąć i po prostu szybko poopadają. Ale może ja tak tylko kraczę? Tymczasem uwieczniam to, co mi się podoba.

dsc04616-2dsc04615

dsc04663dsc04646dsc04635dsc04654dsc04630dsc04652

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , | 4 komentarzy

O teorii względności

Tak naprawdę, to wcale nie jest tak, że białe zawsze jest białe a czarne zawsze jest czarne. Czasem zdarza się, że czarne jest białe (i vice versa), czasami zaś to samo raz jest białe (choć w nazwie ma czarne) a raz  czarne… acz nigdy nie jest czarno-białe.dsc04563-2 Czyli, w skrócie: wszystko jest względne. I nikt mi nie wmówi, że jest inaczej.

Opublikowano Bez kategorii | 2 komentarzy

O pamięci dobrej, lecz krótkiej

Zachciało mi się robić ogórki konserwowe. Nie, żeby ktokolwiek poza mną jadał je w tym domu (widać tylko ja lubię ocet), ale do takiej pieczonej karkówki na wypadek wizytacji, słoik ogórków occie jest jak znalazł. Odnalazłam więc gdzież w zakamarkach moich bardziej lub mniej twardych dysków przepis, który swojego czasu, dawno, dawno temu dostałam od koleżanki ze studiów. Tak się składa, iż robione według tego przepisu ogórki to najlepsze ogórki konserwowe jakie kiedykolwiek jadłam. Więc nabyłam  wszystkie potrzebne składniki i robiłam ogórki konserwowe godnowskie (o ile odbrze nazwę z jej zeszytu z przepisami spisałam). W tym celu do uprzednio wyparzonych słoików włożyłam ogórki, ziele angielskie, liście laurowe, czosnek, koper, gorczycę i pokrojone w ćwiartki ostre papryczki. Wszystko to zalałam gorącą zalewą, na którą składały się: 4 szkl. wody, 1 szkl. octu 6% (u mnie jabłkowy, jak ktoś daje ocet 10% to pół szklanki wystarczy), 4 dag soli (u mnie kłodawska do przetworów) i 7 dag cukru (u mnie brązowy typu demerara). Na wypadek, gdyby ktoś wcześniej nie robił przetworów w zalewie octowej informuję, iż sól, cukier i ocet (a zwłaszcza ten ostatni) dodaje się do gorącej wody.

dsc04420Papryczki pokroiłam w ćwiartki, oczyściłam z pesteczek… i w tym momencie przypomniałam sobie, że cokolwiek się robi ze świeżymi ostrymi papryczkami, powinno się robić w gumowych rękawiczkach. Pamiętałam o tym zmywając naczynia i zakręcając gorące słoiki. Następnego dnia rano też trudno mi było zapomnieć, że jednak istnieją czynności, których bezwzględnie nie należy wykonywać gołymi rękami… nawet jeśli te ręce potrafią zmywać naczynia w wodzie, która jest stanowczo za gorąca dla pozostałych domowników.

Tak swoją drogą aż się boję sprawdzić, co mi z tych ogórków wyszło. W przepisie bowiem stoi, że słoiki należy gotować przez 5 min. Ja żadnych przetworów po zamknięciu w słoiku/butelce już nie gotuję, więc wstawiłam je do piekarnika rozgrzanego do niecałych 100 st.C… i trzymałam cokolwiek dłużej iż 5 minut. Jeśli skończy się na tym, że ogórki po prostu nie będą jędrne to nie będzie tak źle, w końcu trzeba je tylko wrzucić wraz zalewą i wszystkim innym na karkówkę i upiec, a po czymś takim nawet najbardziej jędrne ogórki będą mięciutkie…

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano | 2 komentarzy

O słodkich kolacjach

Na ogół jakiekolwiek placki smażę na weekendowe śniadania, czasem jednak natchnie mnie jakiś przepis i czuję, że muszę go przetestować jużteraznatychmiast. Do takich zaliczał się przepis na bezglutenową wersję małdrzyków krakowskich by FiK. Placki te nie pozostawiają żadnego pola dla fantazji, cokolweik bym bowiem zmieniła, to już nie będą to FiKowe małdrzyki. No, może mogłam zmienić bezglutenową mąkę owsianą na inną bezglutenową tylko zemuś nie chciało mi się ganiać do sklepu po inną. Zmieniłam jedynie to, z czym owe małdrzyki podałam. Moje Dzieciątka wsuwały je w wersji bynajmniej nie fit&slim czyli delikatnie skropi0ne syropem daktylowym.

FiKowe bezglutenowe małdrzyki (gdyby komuś nie chciało się zaglądać na jego bloga) robi się mniej więcej tak:

500 g półtłustego twarogu mieli się w malakserze z 2 jajkami i 1 łyżką stopionego masła. Kiedy już utworzy się z tego jednolita masa dodaje się do niej 3 łyżki bezglutenowej mąki owsianej i 2 łyżki esencji waniliowej domowej roboty. Takie gęste, kleiste ciasto smaży się na wolnym ogniu na maśle klarowanym. Do tego najlepsza będzie jak najgrubsza patelnia, dlatego tym razem nie smażyłam placków na dwie patelnie, żeby było szybciej, bo taką jedną grubą, porządną posiadam tylko jedną, to ta, którą swojego czasu u FiKa wygrałam. Inne też mam niezłe, ale nie tak grube, więc wolałam uniknąć podawania Dzieciom (i sobie) placka ciemnobrązowego na zewnątrz a surowego w środku. Usmażone placki polałam delikatnie syropem klonowym.

dsc04415-2FiK twierdzi, a ja mu wierzę, że sekretem udanych małdrzyków jest jak najlepszej jakości twaróg. Ponieważ ja chciałam je robić jużteraznatychmiast, zakupiłam najlepszy twaróg… jaki był w markecie, w którym aktualnie robiłam zakupy, więc moje placki nie wyszły takie piękne… za to wyszły tak szybko, że ze smażeniem nie nadążałam. Teraz już wiem, że następnym razem poszukam lepszego twarogu, bo naprawdę warto smażyć takie małdrzyki. I testować z różnymi dodatkami.

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , | 4 komentarzy

O kawie VI

Jedzenie i napoje, podobnie jak ubiór, podlegają modom, choć w tym pierwszym przypadku mniej się to rzuca w oczy. Rozmaitym trendom podlega także picie kawy. Dawno już minęły czasy, kiedy piło się „kawę po turecku” ze szklanki. Był czas, że pijało się kawy(?) rozpuszczalne, kawę z ekspresu, kawy smakowe, kawy z ekspresu ciśnieniowego, całkiem niedawno zapanowała moda na alternatywne parzenie kawy czyli syphon, aeropres czy drip. Obecnie zaś modna stała się kawa świeżo palona. Istnieją oczywiście małe palarnie, w których można zamówić sobie taką kawę, jednak także niektórzy z popularnych, znanych na rynku producentów  także coś takiego oferują. Można sobie wejść na ichnią stronę i zamówić sobie dowolnie wybraną świeżo paloną kawę.

Gdybym chciała powiedzieć, że jestem odporna na mody, to bym skłamała. Wszak gdybym naprawdę była odporna do tej pory piłabym plujkę… choć nie koniecznie ze szklanki. Jednak o ekspresie przelewowym nigdy nawet nie marzyłam a wszelkie eksperymenty z parzeniem zakończyłam na ekspresie ciśnieniowym. Kolbowym, bardziej zaawansowane bowiem też mnie nie interesują. I parzeniu w nim kawy świeżo zmielonej. Nowsze metody parzenia już średnio mnie interesują, bo kawę lubię zdecydowanie mocną. Jednak coś takiego jak świeżo (u)palona kawa od dawna budziło moje zainteresowanie… tylko ceny jakoś tak mniej interesujące mi się wydawały. Przynajmniej z tych małych palarni, jak na przykład tej, którą można znaleźć po prawej stronie tego bloga. Znajdę pracę, to może i tam zacznę zaopatrywać się w kawę… przynajmniej od święta. Tymczasem odgrzebałam sobie w folderze ze spamem promocję z MK Cafe Fresh – akurat dostawa bezpłatna była, więc zamówiłam sobie jedną kawę.. a chwilę później (z tą samą ceną za przesyłkę) jeszcze jedną.dsc04406 Kiedy czekałam na tę pierwszą, zdążyła przyjść druga. Jak się później okazało, pierwsza się cokolwiek spóźniła, ponieważ omsknął mi się palec i źle kod pocztowy wpisałam. Tą drugą kawą, która przyszła pierwsza, była India Plantation. Na jej smak – wedle producenta – składają się nuty: pieprzu, papai, szlachetnego drewna i przypraw korzennych. Faktycznie, smak mi się jakiś taki ździebko drewniany wydał. Chyba  jednak wolę kawę mocniej paloną. Może nie aż tak, że całe ciemnobrązowe ziarenka aż świecą się od tłuszczu, ale nieco mocniej niż średnio palona indyjska. Przy okazji zorientowałam się, że zamiłowanie do papryczki chilli, czosnku i generalnie ostrych przypraw sprawiło, że kubki smakowe cokolwiek mi się zdegenerowały i nie jestem w stanie doszukać się tych subtelnych odcieni smaku, jakie rzekomo kawa powinna posiadać. Chociaż kto wie, może przy następnej, która bynajmniej ma nie być drewniana, uda mi się czegoś więcej niż po prostu kawy doszukać…

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , | Dodaj komentarz

O osobie, która mnie kocha

Dlostaję sobie SMSa o treści: Boze! To OSTATNIA CHWILA  by przekazac Ci prawde o osobie ktora cie KOCHA! Nie spodziewasz sie tego! To MILOSC! odp KTO na 72998 to wielkie uczucie!2,46R-eg.pl

Czytam tak tę krótką wiadomość tekstową i się zastanawiam: od zaspokajania wszelkich moich materialnych i nie tylko potrzeb mam swojego własnego, prawowitego Małżonka. Gdyby mi tego było jednak mało, zawsze znajdzie się ktoś, to jest w stanie zapewnić mi coś więcej niż orgazm… czyli całą Orgazmoklaipsę, wysyłając ją z dedykacją: from [nadawca] with love! Oczywiście dedykacja dość dwuznaczna, zważywszy co takie „wyrazy miłości” oznaczają, jeśli w miejsce nadawcy wpisać Russia lub – jak to było ostatnio – Paris, więc zamiast rozkminiać co „nadawca” chciał powiedzieć przez to co napisał po prostu zabieram się za lekturę rzeczonej aporgazmokalispsy.

Czyli skoro już mam co najmniej trzech (bowiem pod nazwą „nadawcy” kryje się tak naprawdę dwóch całkiem fajnych facetów) mężczyzn, którzy mnie w taki lub inny sposób kochają, naprawdę mało mnie interesuje, KTO inny może jeszcze mnie KOCHAĆ. Jeśli zaś to OSTATNIA CHWILA domniemuję, iż ów tajemniczy kochający wkrótce rozstanie się z życiem… albo tylko stanie przed ołtarzem. Jeżeli więc nawet w obliczu śmierci albo tylko ożenku boi się sam mi to wyznać, to nie bardzo wiem dlaczego mam płacić kilkadziesiąt złotych (bo jak znam wróżki to na jednym SMSie się nie skończy), żeby tę wstrząsającą prawdę poznać. I tak naprawdę nie wiem, co by mi przyszło z tej informacji? Rozwodzić się nie zamierzam, sama po kryjomu do nikogo nie wzdycham ani też nie prowadzę listy mężczyzn, którzy kochali mnie bez wzajemności… tych, którzy kochali z wzajemnością zresztą też. Innymi słowy – strasznie bez polotu te wróżki. Ale ponieważ lubię sobie od czasu do czasu poczytać, że O BOŻE! ktoś jeszcze mnie KOCHA, nie wchodzę na R-eg.pl żeby się dowiedzieć, jak całkiem zerwać kontakt z wróżką/wróżem.

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano | Dodaj komentarz

O tych, którzy jednak czytają

Oni tego i tak nie czytają – powiedział mi mój neuro jakieś cztery lata temu, gdy mi wypisywał zaświadczenie do komisji orzekania o niepełnosprawności. Okazało się, że miał rację. Jednak w tym roku okulistka, która mi też wypisywała zaświadczenie, jako dokumentację uzupełniającą, mówiła coś, że oni to będą czytać. Jak się dzisiaj wczoraj przekonałam – też miała rację.

Kiedy się panie z urzędu zostały uświadomione przez lekarza-orzecznika, że ja potrzebuję konsultacji okulistycznej, były bardzo miłe (właściwie miłe to one były przez cały czas, nie stały się tylko dlatego, że wyszło, iż to mogło być niedopatrzenie z ich strony) i starały się jak najmniej utrudniać mi życie. Tak więc, zgodnie z obietnicą zadzwoniły do mnie przed południem a kiedy umawiały mnie z okulistką, brały pod uwagę, gdzie mieszkam i ile czasu może mi zająć dojazd. Tak więc dojechałam bez większego stresu… ale i tak kilkanaście minut wcześniej od okulistki. Kiedy już usiadłyśmy z p. doktor w pokoju i porozmawiałyśmy o tym, że u mnie to się od oczu zaczęło i to wcale nie 10 bo już 20 lat temu i że to oczy najczęściej były atakowane, to p. doktor przejrzała całą moją dokumentację, włącznie z tą, którą składałam poprzednio… Czyli jednak dobrze, że te cztery lata temu nie do końca wzięłam sobie do serca słowa neuro.Orzeczenia jeszcze nie mam i wątpię, żeby było inne niż ostatnio, ale miło było zobaczyć, że ktoś jednak czyta tę dokumentację.

I tak jeszcze w ramach dobrego traktowania klientki, która musiała raz jeszcze do urzędu się fatygować, dowiedziałam się, że po orzeczenie nie muszę się stawiać osobiście (co jest praktyką), tylko że zostanie wysłane pocztą.

Ja doceniam dobrą wolę pań z urzędu. Tylko tak się zastanawiam, czy teczki z dokumentacją dotyczącą starań o stopień niepełnosprawności nie mogłyby być opisane na wzór teczek kadrowych, w których każdy dokument jest numerowany i dopisywany do listy przypiętej z przodu teczki. Tak jakoś mi się wydaje, że mniej czasu trzeba by poświęcić na bieżące opisywanie teczek niż na szukanie w nich konkretnego dokumentu. Przy istnieniu takiego spisu treści można by sobie nawet darować szczegółowe wertowanie dokumentów przy ustalaniu z jakim lekarzem umówić interesanta – wystarczyłoby spojrzeć na wykaz badań i opinii lekarzy. No, chyba że tu też obowiązuje tajemnica lekarska, więc nawet urzędniczki (jakoś nie kojarzę, żebym tam urzędnika widziała) zaglądać w papiery nie mogą…

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , | 6 komentarzy

O „podnoszeniu kwalifikacji zawodowych”

Zdarzają się ogłoszenia o pracę, w których obok wymagań niezbędnych, takich jak określone wykształcenie, staż pracy, uprawnienie do kierowania pojazdami czy znajomość języków obcych pojawia się, w kwalifikacjach dodatkowych: orzeczenie o niepełnosprawności. Tymczasem od jakiegoś czasu brak mi papierów na niepełnosprawność. Tak jakoś nie zauważyłam kiedy moje straciły ważność… a może nie chciało mi się znów być potraktowaną w stylu: co pani tu robi, przecież pani jest zupełnie zdrowa? Z perspektywy ortopedy, który mnie wówczas oceniał – niewątpliwie. Kiedy jednak zoaczyłam, ile osób startuje w tych samych konkursach co ja, postanowiłam swoje dobre samopoczucie psychiczne schować do kieszeni i znów udać się do urzędu z wnioskiem o papiery.

Oczywiście nim człowiek uda się do urzędu musi odwiedzić lekarza prowadzącego. Tak mi się przypomniało, jak mój neuro za pierwszym razem mi mówił, że kompletowanie papierów nie ma sensu, bo oni i tak tego nie czytają, przeczytają tylko, co ja napisałem w zaświdczeniu. Jednak wówczas wolałam złożyć cały wymagany komplet badań neurologicznych jakie przeszłam od czasu diagnozy. Tym razem postanowiłam dodać jeszcze inne papiery. Świadoma tego, że znów moje zdrowie może oceniać ortopeda oraz tego, że większość rzutów jakie miałam, były to rzuty oczne, po opinię uzupełniającą udałam się do mojej okulistki… zwłaszcza że na skutek niedawno przebytego zapalenia rogówki i tak musiałam się z nią widywać. Poszłam więc sobie do urzędu z kompletem papierów. Nieco mniejszym niż wcześniej, bo liczyły się tylko te, których jeszcze nie złożyłam przy poprzedniej wizycie. Papiery składałam 19.07. Ustawa stanowi, że w ciągu miesiąca powinnam mieć wyznaczoną komisję. Miałam 30.08 – podobno z uwagi na szczególną zawiłość sprawy. Podejrzewam, że pod tym kryptonimem krył się po prostu i najzwyczajniej w świecie sezon urlopowy. Oczywiście na wezwanie stawiłam się punktualnie. Lekarz-orzecznik od razu poinformował mnie, że nie jest neurologiem, z zadawanych zaś pytań wniosłam, iż także jest ortopedą. Wyjaśniłam więc, że z chodzeniem to owszem miewam problemy, ale nie one są najważniejsze. Bo ja problemy mam przede wszystkim ze wzrokiem. No to w opinii napisał, że domagam się konsultacji okulistycznej. Pani urzędniczka mocno się zmartwiła, bo okulistka orzekała dopiero dwa tygodnie temu i nie wiadomo, kiedy będzie następnym razem, ale jutro zadzwoni i powie mi, kiedy mam przyjechać. No i dzwoni dziś z informacją, że może jutro będę mogła być zbadana, bo okulistka ma przyjechać jakieś papiery wypełniać. Pytam więc czy poza dowodem osobistym powinnam mieć coś ze sobą. Dokumentację okulistyczną, jeśli pani jakąś posiada. – Ale ja wyniki badań dołączyłam wraz z opinią okulistki do wniosku. – A, to dowód wystarczy.

Oni tego i tak nie czytają. Przeczytają tylko to, co napisałem w zaświadczeniu. Faktycznie, nawet nie sprawdzają, jakie inne dokumenty zostały dołączone, więc nawet nie wiedzą czego nie przeczytali.

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , | Dodaj komentarz

O Polakach-cebulakach

Nie wiem dlaczego określenie cebulak w zamyśle autorów/użytkowników ma być obraźliwe. Swoją drogą, nie tylko Polacy z cebulą mogą się kojarzyć. Wszak smród cebuli kojarzony był z żydowskimi osiedlami… Zresztą, może to dlatego ma być obraźliwe? Nieważne. O mnie spokojnie można powiedzieć, że jestem Polakiem-cebulakiem. Po prostu nie wyobrażam sobie kuchni bez cebuli. Owszem, w wykorzystaniu jej nie dorównuję mojej matce, ale i niewiele ustępuję. Trudno się więc dziwić, że kiedy w sklepie mięsnym lokalnej sieci, w którym się zaopatruję w większość mięs trafiłam na coś takiego jak konfitura z czerwonej cebuli, nie zawahałam się wydać całych 6 polskich złotych na malutki słoiczek. Trudno się dziwić, że nie raz jeszcze je kupowałam, skoro degustując i zastanawiając się do czego można by tej konfitury użyć, opróżniłam cały słoiczek. I nie raz jeszcze zastanawiałam się w ten sposób, do czegóż można użyć tej „słodkości”. W końcu uznałam, że jak się nie ma czasu, można po prostu pociąć w małe kawałki udziec z indyka, usmażyć/udusić na oleju kokosowym i zamiast jakichkolwiek przypraw użyć (w drugiej połowie duszenia) rzeczoną konfiturę. Poza tym na kanapce z serem żółtym czy pasztetem też prezentuje się nieźle. Wszak nie zawsze musi być ketchup/żurawina.

DSC04413Kiedy więc zauważyłam, że cokolwiek za dużo pieniędzy tracę na tę konfiturę uznałam, że czas najwyższy zrobić ją własnoręcznie. Zapytałam więc Wujka G. o przepis, a ten jak zwykle wyrzucił całe mnóstwo odpowiedzi. Wśród nich znalazła się i ta, z której ostatecznie postanowiłam skorzystać.

Konfitura/chutney z czerwonej cebuli

DSC04410Na patelnię (dużą, z grubym dnem) wlałam 3 łyżki oliwy extra vergine. Na to wrzuciłam 1 kg pokrojonej w pióra czerwonej cebuli, wysypałam 1 łyżeczkę soli himalajskiej, włączyłam gaz, przykryłam pokrywką i czekałam aż się zeszkli. Oczywiście od czasu do czasu mieszając. Po jakichś 15 minutach dodałam 120 g cukru brązowego dark muscovado i wymieszałam. Następnie dodałam 80 ml octu balsamicznego oraz 1 szkl. czerwonego półwytrawnego wina (u mnie Cervantes). Całość smażyłam do prawie całkowitego zredukowania płynu, po czym dodałam drugą szklankę tegoż samego wina i smażyłam dalej. Tym razem do całkowitego zredukowania płynu. Gorące konfitury nałożyłam do umytych i wyparzonych słoiczków, te zakręciłam i ustawiłam do góry dnem na całą noc. Rano wyniosłam do piwnicy, z nadzieją, że jak po któryś zejdę nie okaże się, że to cebula camambert. To, co się nie zmieściło do słoiczka okazało się równie dobre a nawet lepsze niż kupne.

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , | 2 komentarzy

O powtarzaniu się

Wiem, że kiedyś już zamieściłam na tym blogu ów utwór. Od tego czasu nie przestał mnie zachwycać… Poza tym, z uwagi na ostatni wers, świetnie się nadaje czy na poniedziałkowy poranek czy po prostu na powrót z wakacji do życia. Tym razem wersja studyjna, którą katowałam dziś cały dzień (wraz z resztą albumu Feline).

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , | 2 komentarzy