Się urodziło

Nowe dziecko powołałam na świat. Dziecko wirtualne, bowiem realne to strach mieć w dzisiejszych czasach. Wszystkich dotychczasowych czytelników tego blogu zapraszam na całkiem nowy, jeszcze nieopierzony, jeszcze niedopracowany ale już gotowy do przedstawienia szerszej publiczności nowy blog. A imię jego:

grubababa.pl

Opublikowano nowe idzie | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Petycja ws. ochrony zwierząt

O polityce nie zwykłam pisać. Z obecną władzą też niekoniecznie mi po drodze. Ale kiedy szeregowy poseł, wbrew grupom nacisku, tworzy projekt ustawy, mającej zapobiec znęcaniu się nad zwierzętami, nie potrafię go nie poprzeć. I wszystkich, którzy nie są obojętni na cierpienia zwierząt, również zachęcam do podpisania petycji. Bez względu na sympatie czy antypatie polityczne. Pamiętajmy, ich (zwierząt przeznaczonych do uboju rytualnego, do cyrków czy hodowanych na futra) ból jest większy niż nasz. Spróbujmy go zmniejszyć.

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , | 2 Komentarze

O noworocznych zwyczajach

Nowy rok sprzyja podsumowaniom oraz noworocznym postanowieniom. Tak więc postanowiłam nie czynić ani jednych ani drugich. Spóźnione ale szczere:

N i e c h  s i ę  N a m*  d a r zy ! ! !

fajerwerki

*wszystkim Czytelnikom bloga i oczywiście Autorce

Opublikowano święta | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

O niedzielnych wyborach

W najbliższą niedzielę do wyborów pójdą dwie grupy ludzi. Jedni będą iść mając na ustach lub w sercu hasło: Dobra zmiana!, drudzy – Dobra, zmiana!* Jakiś czas później, dowiemy się, czy wygrał przecinek czy też jego brak.

Ci, którzy pozostaną w domach i tak wiedzą swoje. Im przyświeca hasło: gorsza od braku wyboru jest iluzja wolnego wyboru. O tym, jak to się ma do rzeczywistości, przekonamy się trochę później niż o tym kto wygrał.

DSC06338*hasło podpatrzone na FB

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

Jesień w Inowrocławiu

Pisałam już kiedyś, że Inowrocław jest piękny o każdej porze roku, prawda? Pisałam też ostatnio, że swoimi jesiennymi zachwytami będę się dzielić jeszcze nie raz, póki jesień trwa. Więc dzielę się pięknym, jesiennym Inowrocławiem, o tyle piękniejszym od letniego, że ludzi już mniej. Ale wciąż jeszcze można spacerować po tężniach i z góry podziwiać jesienne widoki.

 

Opublikowano podróże małe i duże | Otagowano , , , , , | Dodaj komentarz

Wczesna jesień

Lubię jesień. Zarówno tę wczesną, w której dominuje jeszcze zieleń, dopiero powoli ustępująca innym jesiennym barwom, kiedy drzewa uginają się pod ciężarem jabłek, gruszek i innych jesiennych owoców, jak i tę późną, kiedy w podmuchach wiatru opadają ostatnie liście, ale w parkach i na trawnikach wciąż jeszcze tworzą grube, żótoczerwonozłote dywany. Mówią, że nie ma nieodpowiedniej pogody na spacer, jest tylko nieodpowiednie ubranie. Zgadzam się, ale jeśli idzie o spacer z aparatem fotograficznym, to deszcz jest zdecydowanie nieodpowiednią pogodą – trudno trzymać parasol i jednocześnie fotografować, a bez parasola aparat można uszkodzić. Ale kiedy tylko deszcz ustaje (na razie modlę się aby było go jak najwięcej) nie ruszam się z domu bez aparatu, spieszę się bowiem uwieczniać kolorowe liście, w obawie, że nazajutrz mogą już wszystkie być jednakowej, szaroburej barwy. Później zaś niczym jesień ziemię liśćmi, ja zdjęciami, zasypuję internety. Dziś pierwsza, ale nie wątpię, że nie ostatnia, porcja jesiennych zdjęć.

Opublikowano spacery | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Kochany, kochany, lecą z drzewa na ziemię kasztany

…my do sklepu po spiryt biegamy,

trzy miesiące następnie czekamy i nalewkę leczniczą już mamy.

DSC06208

Przepis na nalewkę znalazłam na fejsbukowej grupie #mniej. Podobno na stawy dobry. Świekra robi taką i daje dla Dzieci, żeby je tym nacierać i oklepywać jak kaszlą. Czemuś działa chyba w zależności od wiary – kiedy ja lub Małżonek leczymy tym Dzieci – nie bardzo działa, kiedy robi to świekra – działa. Uznałam jednak, że na swoje zbolałe barki nie będę używać tej, którą babcia wnuśkom szykuje, bo gdybym całe zużyła na siebie a potem by Dzieć jeden czy drugi zachorował to trochę głupio wyjdzie. Więc kiedy przetestowałam świekrową nalewkę i stwierdziłam, że działa kojąco na moje zwyrodniałe stawy, uznałam, że mogę sobie sama zrobić.

Przepis wygląda mniej więcej tak: do butelki/słoika wsypujemy pokrojone świeże kasztany tak mniej więcej na wysokość 1/3 i zalewamy spirytusem. Zamykamy na jakieś trzy miesiące i tylko od czasu do czasu potrząsany naczyniem. Potem można używać sobie wedle potrzeby.

Mniej więcej tyle przeczytałam na grupie. Więc zakupiłam spirytus. Kiedy Dzieć Młodszy zebrał trochę kasztanów pokroiłam je, wsypałam do butelek po rozmaitych kupnych sokach, zalałam tym spirytusem, i zamknęłam w szafce. Jakiś czas później rozmawiałam z własną matką, która powiedziała mi, że to chyba (nie wie, bo sama takich rzeczy nie robi) 40-procentowy spirytus powinien być. Cóż, zrobiłam z 95-procentowego i raczej rozcieńczać nie będę. Maść z żywokostu posiadam, więc w razie problemów skórnych się tym wysmaruję… z nadzieją, że się żwyokost z kasztanem nie zniosą nawzajem swoich właściwości ani się nie pożrą. Maść, wytworzoną metodami chałupniczymi, zakupiłam na jarmarku śniadaniowym. Mówili, że skuteczna, na mnie jednak niekoniecznie działa. Ale może to trzeba regularnie stosować, żeby poczuć moc? Na razie ważne, że tłusta, więc będzie można leczyć podrażnioną alkoholem skórę.

Opublikowano #mniej, przetwory domowe | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

Gołdap

Zaczęło się od tego. Nie, żebym kochała przebój Bobby’ego McFerrina ale lubię ciekawe covery. Później przez wiele lat utworu nie słuchałam, bo kariery Grupy Rafała Kmity raczej nie śledzę. Tylko tytuł i refren w głowie pozostał. I tak sobie tam leżał. Do czasu.

Pewnego pięknego dnia, kiedy byłam w rodzinnych okolicach Małżonka usłyszałam, jak świekra mówi, że była niedawno w Gołdapi. No to później, dyskretnie (i jak się okaże w dalszej części dialogu, dobrze że dyskretnie) zapytałam swoją Większą Połówkę:

– Gołdapia leży gdzieś tu blisko?

– Jaka Gołdapia??? Gołdap, kochanie, Gołdap.

– To dlaczego Twoja matka mówiła, że była w Gołdapi a nie w Gołdapie?

– Bo to jest TA Gołdap.

– TA??? To powinna być ta Gołdapia.

– To chyba litewska nazwa.

– Zabierzesz mnie tam kiedyś?

– Po co? Tam nic nie ma. No, chyba że się do Rosji wybierasz, to przy granicy.

No to skoro człowiek, który wychował się w tamtych okolicach twierdzi, że nie ma tam nic ciekawego, nawet zakładów przetwórstwa owoców, więc o jakichkolwiek przetworach z Gołdapi mogę zapomnieć, do tematu nie wracałam. Bo po co? Wizy do Rosji i tak nie posiadam, więc o zwiedzaniu Królewca Kaliningradu nie ma mowy.

Jakiś czas później zawarłam bliższą znajomość z Instagramem. Wrzucam zdjęcia, opisuję, hasztaguję i jest dobrze. Nie żeby od razu rzesze fanów i tysiące lajków, ale przynajmniej mam co zrobić ze zdjęciami, z których jestem szczególnie zadowolona. Pewnego pięknego dnia wrzuciłam zdjęcie z tężniami z Inowrocławia i opisuję: #tężnie. Usłużny Instagram dorzuca podpowiedzi:

#tężniesolankowe

#tężnieciechocinek

#tężnieinowrocław

#tężniegołdap

Wprawdzie Małżonek upiera się, że tam naprawdę nie ma nic ciekawego… i że nie, nigdy tam nie był, bo po co, skoro nic ciekawego tam nie ma i ja niby wiem, że na IG mogę sobie wstawić dowolny hasztag i to zostanie, ale i tak sprawdzam w wiki. I okazuje się, że tak, że Gołdap to miasto uzdrowiskowe, nazwa nie z litewskiego a ze staropruskiego pochodzi,  tężnie jak najbardziej tam są i ze zdjęć wynika, że całkiem ładnie tam jest. I nawet jest piękne jezioro, ale ono mi nie jest do szczęścia potrzebne, bo świekrowie też nad jeziorem mieszkają więc mam gdzie pływać z Dzieciakami. Małżonek, jak zwykle nie dowierzający swojej własnej ślubnej małżonce oczywiście też musiał sprawdzić w sieci, żeby upewnić się, że te tężnie rzeczywiście tam są. I nawet obiecał mnie zabrać. To ważne, bo o ile do Ino mogę jeździć bez niego, normalnie pociągiem, tak do Gołdapi raczej się nie da – tamtejsza linia kolejowa bowiem nazywa się „nieczynna”, co i tak nie ma znaczenia, to u świekrów brak jakiejkolwiek linii kolejowej. Czyli musi być samochód i nie da się inaczej.

W końcu pojechaliśmy. Szczególnie daleko nie było, po drodze oczy cieszył widok kilku wirujących OZE sugerujący, że nie tylko wunglem Polska stoi. Samo miasto mnie nie interesowało, choć kiedy przejeżdżaliśmy przez centrum zauważyłam, że wygląda jak nowowybudowane albo ostatnioodnowione. Kiedy dotarliśmy w okolice tężni poczułam się prawie jak nad morzem: ładny deptak na plażę, place zabaw dla dzieci, fit parki i parki linowe dla dorosłych.

WP_20190820_13_04_46_Pro

 

I tylko ludzi jakoś mało, co było o tyle dziwne, że samochodów na parkingach stało całkiem sporo. Nie, żeby mnie brak ludzi przeszkadzał, wszak w Ino listopadową porą też ich nie ma zbyt wielu, a jesienią i zimą jeżdżę tam chętniej niż latem.

Tężnie małe, ale to nie ważne, bo w sumie jakie to ma znaczenie czy przejdę wzdłuż jednej, liczącej kilometr tężni czy pięć razy wzdłuż dwóch krótszych? Liczy się jod, którym przyjechałam pooddychać.

Poza tym, w przeciwieństwie to Ciechocinka czy Inowrocławia, w Gołdapi mogę przejść się pod tężniami w bardzo dosłownym tego wyrażenia znaczeniu czyli mogę przejść tunelem, w którym z trzech stron (góra i boki) otacza mnie spływająca z witek tarninowych solanka. W upalny dzień można tylko żałować, że tunel taki krótki. Jakieś dziecko stwierdziło, że śmierdzi jak… jak… Skoro zaś dziecku słów brakło, uzupełniłam: jak morze, bo faktycznie morzem (takim z rybami) czuć każde znane mi tężnie.

Tężnie małe (internet podpowiada, że czwarte co do wielkości w Polsce ale ja chyba znam tylko te pierwsze i drugie lub trzecie), ale prześliczne.

Sporo tu miejsc do siedzenia

…a jak się ktoś bardzo postara, to i miejsce do leżenia się znajdzie.

Co więcej, za stosowną opłatą można wejść na górę i podziwiać widoki. Nie z każdej strony piękne, bo miasto się rozbudowuje, ale przestrzeń pomiędzy tężniami z góry wygląda nawet lepiej niż z dołu.

WP_20190820_13_22_03_ProWP_20190820_13_22_34_Pro

Kiedy już dość lub prawie dość nawdychałam się jodu weszłam do pijalni wód Mazurski Zdrój by tam skosztować miejscowej wody leczniczej.

WP_20190820_13_20_41_Pro

 

Jeśli powiem, że w smaku mocno nieciekawa to i tak nie powiem nic nowego, bowiem zasadniczo wody lecznicze w smaku nie bywają ciekawe. Woda lecznicza ma w końcu leczyć a nie smakować. Ale tutejsza to chyba nie na moje dolegliwości, bo po wypiciu jednego kubeczka (pół tutejszej mineralnej, pół – leczniczej, bo zasadniczo wód leczniczych nie powinno się pijać w wersji nie rozcieńczonej) nie odczułam pragnienia, by jeszcze się napić, choć dzień był upalny. Wodę można pić z plastikowego jednorazowego kubka (czyli mówię, że chcę wodę i dostaję kubek do którego nalewam wodę z kranów) lub za nieco większą opłatą kupić sobie tutejsze kubki – takie normalne lub takie do picia wód zdrojowych. Z uwagi na to, że nie miałam własnego czystego pojemnika nie zapytałam, czy za stosowną opłatą można wodę czerpać do swojego naczynia. Następnym razem jeśli tam będę nie omieszkam zapytać.

Po skosztowaniu wody leczniczej i przespacerowaniu się jeszcze pod tężniami przeszłam się na krótką chwilę popodziwiać jezioro. Na pierwszy rzut oka piękne i czyste. Na drugi i kolejne rzuty czasu nie miałam, bo wycieczka miała być krótka.

Po krótkim spacerze po promenadzie zawróciłam jeszcze do pijalni by zakupić to, bez czego chyba nie mogłabym wyjechać z miasta czyli przetwory z Gołdapi.

Nie, żeby one były produkowane w Gołdapi, ale nawet tutaj zakupione to wciąż „przetwory z Gołdapi”. „Konfiturą z Mazur” którą sobie zakupiłam był… cukier różany ale cała reszta, to już naprawdę były konfitury.

Odetchnąwszy przez chwilę jodem z Gołdapi i zaopatrzona w przetwora z Gołdapi, mając przed oczyma widok jeziora Gołdap mogłam już spokojnie wracać do świekrów.

 

Opublikowano podróże małe i duże | Otagowano , , , , , , , | 2 Komentarze

Upcyclig w praktyce

Upcycling czyli nadawanie nowego życia starym rzeczom to kolejna reguła ze świata #mniej która mnie zainspirowała. Więc jeśli uda mi się w jakikolwiek sposób dać nowe życie czemuś, co w przeciwnym razie powiększyłoby stertę śmieci, to się podzielę.

Chociaż idea #mniej mnie zainspirowała, nie oznacza to, że w końcu ulegnę modzie na mniej dżinsu w dżinsach. Oczywiście, dżinsy, które noszę to już nie 100% bawełny i coraz więcej w nich elastenu czy innych dodatków, sprawiających, że lepiej się dopasowują do nóg. Ale pod względem stosunku materiału do dziur to ja wciąż noszę 100-procentowe dżinsy i nie zamierzam z tego rezygnować. Owe 100-procentowe dżinsy noszę do oporu. Kiedy materiału ubywa tam, gdzie poprzecierane nie bywają nawet najmodniejsze dżinsy – zanoszę je do krawcowej w celu uzupełnienia braków. Do niedawna nie podobało mi się, że w niektórych dżinsach, które do noszenia się nie nadawały, bo nie było co łatać, wciąż były ładne, nie sprane nogawki, które trzeba było wyrzucić. Tymczasem wpadłam na pomysł, żeby z takich nogawek dać uszyć (sama jakoś nie potrafię, ale w końcu zawody takie jak szewc czy krawcowa wspierać wypada nim je fast fashion całkiem wypchnie z rynku) worek dla Dzieci. Taki na wzór worków na buty, tylko ciut większy, żeby Dzieć mógł w nim zabrać jedzenie i picie kiedy wybiera się na jednodniową wycieczkę czy kiedy lekcje odbywają się poza szkołą. Niby takich worków trochę w domu mam i kupić można po taniości… tylko one wszystkie zdecydowanie bardziej tandetnie wyglądają. A ten mam nadzieję, pożyje dłużej niż niejeden świeżo zakupiony w sklepie z artykułami szkolnymi. Przy okazji szycia nowego worka zaniosłam do krawcowej jeszcze nie taki stary ale już zniszczony worek na buty. Do naprawy. Nie zdziwię się, jeśli zapłacę za nią więcej niż mnie ten worek kosztował, ale czasem tak wolę.

WP_20190808_00_16_40_Pro

Opublikowano #mniej | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Deser porzeczkowy

Soki robię od dawna. Konkretnie od kiedy mam własną rodzinę. Robiła kiedyś moja matka, robię i ja. I zazwyczaj z bólem serca po zawekowaniu soków wyrzucałam owoce. W zeszłym roku z malin zrobiłam coś na kształt dżemu do wykorzystania natychmiastowego i było torcik belgijski z malinami z odzysku. Tym razem postanowiłam wykorzystać porzeczki. Postanowienie musiałam podjąć nim zabrałam się za robienie soku, czasem bowiem kusiło, żeby nie wszystkie porzeczki na sok odszypułkować – teraz nie mogłam pójść na skróty, bo o ile mogę pluć pestkami jedząc wiśnie z kompotu, tak plucie szypułkami w trakcie jedzenia dżemu raczej nie jest dopuszczalne. Sok robię w nocy czyli  po zamknięciu ostatniej butelki garnek zostawiam do rana, żeby ściekły resztki soku. Następnego dnia „suche” porzeczki przerzuciłam na dużą patelnię, dosypałam 2 – 3 łyżki cukru (brązowy typ demerara), dolałam sok, który ściekał przez noc, wymieszałam i podgrzałam do rozpuszczenia się cukru.

Porzeczkowe tiramisu

2 op. biszkoptów typu lady fingers (tu akurat były San, ale mogą być włoskie typowe do tiramisu, ważne, żeby bez oleju palnowego, syropu glukozowo-fruktozowego i innych śmieciowych dodatków)

1/2 szkl. rozcieńczonego wodą soku porzeczkowego

2 op. serka mascarpone (albo jedno półkilogramowe)

3 jajka ekologiczne albo z wolnego wybiegu

3-4 łyżki cukru z agawy lub cukru pudru

sok z cytryny

1. Białka oddzielić od żółtek. Z białek i soku z cytryny ubić sztywną pianę.

2. Żółtka miksować z cukrem z agawy wysokich obrotach na idealnie gładką masę.

3. Zmniejszyć obroty miksera i stopniowo dodawać serek mascarpone. Kiedy tylko jedna porcja wkomponuje się w masę dodawać następną. Przerwać ucieranie jak tylko całość przybierze jednolitą fakturę.

4. Szpatułką wymieszać masę żółtkową  z pianą z białek. Do całkowitego połączenia się i ani chwili dłużej.

5. Prostokątne naczynie wyłożyć papierem do pieczenia.

6. Nasączone sokiem biszkopty układać ściśle w foremce (ew. ułożyć biszkopty i nasączyć przy pomocy łyżki).

7. Na biszkoptach rozsmarować dość grubo dżem porzeczkowy.

8. Na dżem porzeczkowy nałożyć krem z mascaropone.

9. Czynności opisane w pkt. 6-8 powtórzyć przy układaniu drugiej warstwy.

10. Włożyć na parę godzin (najlepiej na całą noc) do lodówki.

Nie wymyśliłam jeszcze jak można wykorzystać opakowania po biszkoptach, więc je wyrzuciłam do właściwego pojemnika na śmieci. Pudełek po serku mascarpone używam w charakterze podstawek pod zioła w doniczkach czy inne kwiaty doniczkowe, część z nich zaś przyda się do pakowania Dzieciom własnoręcznie robionej granoli do szkoły na śniadanie.

Opublikowano #mniej, słodkości | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz