Lody śmietankowo-bananowe

Ponieważ lato uparło się nas nie opuszczać a ja akurat znalazłam instrukcję do swojej maszynki do lodów, nie mogłam Dzieciom odmówić lodów domowej roboty. Owszem, u FiK-a znaleźć można wiele inspirujących przepisów, jednak on preferuje sobrtety. Też bym preferowała, gdyby nie fakt, ze moja maszynka wyraźnie nazywa się maszynką do lodów mlecznych, więc trochę się boję co by wyszło, gdybym zechciała zrobić sorbet. Podejrzewam, że metal mógłby źle zareagować z kwasami owocowymi i maszynka by się uszkodziła (w sensie zardzewiała czy coś w tym stylu) lub sorbet byłby toksyczny. Poprzestałam więc na lodach bananowo-śmietankowych.

llody

Nie staram się jakoś dokładnie komponować przepisu na lody. Po prostu miksuję schłodzone banany (uprzednio obrane ze skóry). Śmietankę 36%, która nie ma w składzie nic więcej poza samą śmietaną ubijam. Jeśli banany są mało dojrzałe do śmietany pod koniec ubijania dodaję trochę cukru pudru trzcinowego nierafinowanego. Z braku takiego może być cukier z agawy, który też przypomina cukier puder. Ubitą śmietanę mieszam z nasionkami z jednej laski wanilii, zmiksowanymi bananami i ok. 1/2 szkl. tłustego mleka. Tak otrzymaną masę wkładam na godzinę lub więcej do lodówki. Następnie odmierzam jej stosowną ilość i postępuję zgodnie z sugestiami zawartymi w instrukcji obsługi maszynki do lodów. Masa, która się do maszynki nie zmieściła zostaje zjedzona przez chętnych. Lody zaś umieszczam w pojemniczkach z patyczkami, żeby uniknąć sporów kto zjadł więcej lodów. Takie lody na patyku umieszczam w zamrażarce by tam czekały na dzień, w którym nie będę miała pod ręką żadnego innego deseru, albo w którym po prostu najdzie mnie chęć zjedzenia loda.

lody

 

Reklamy
Opublikowano bezgluten, słodkości, twóczość własna | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

Muzeum Etnograficzne w Toruniu. Skansen

Równie dobre miejsce na spacer z Dziećmi jak każde inne. Zwłaszcza kiedy pogoda niby ładna, ale już na zabawy na placu zabaw niekoniecznie się nadaje.

Opublikowano atrakcje Torunia | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Tort waniliowy

Nie lubię wyrzucać jedzenia. Nie, żeby mi się to nie zdarzało, ale zasadniczo staram się tego nie robić. Zwłaszcza jeśli na to jedzenie wydam trochę pieniędzy. Kiedy więc zauważyłam, że czas malin się kończy i te osiągają już ceny trochę wysokie jak na owoc do przetworów, co prędzej zakupiłam kilka koszyczków. Soku wyszło dwa razy po trzy buteleczki (0,3 l) czyli w sumie trochę mało. Więc kiedy spojrzałam na te odsokowane maliny to mi się ich trochę szkoda zrobiło. W sensie, szkoda wyrzucać, zwłaszcza że choć pozbyły się soku, to smaku nie. Przełożyłam je więc z sokownika do rondla o grubym dnie, dosypałam jeszcze trochę cukru i podsmażyłam. Wystarczająco długo, by nadmiar soku odparował, jednak za krótko, żeby zapakowane w słoiki umieścić w piwnicy w charakterze dżemu malinowego. Skoro zaś mam znowu(?)  doła, znów pragnę śmierci… nie chciało mi się kombinować jak można to wykorzystać inaczej niż jako wierzch do ciasta. Konkretnie to tortu waniliowego z Lige. Kiedyś tu już o nim pisałam, wówczas jednak wykonanie było mocno nieortodoksyjne, temu było zdecydowanie bliżej do oryginału.

Tort waniliowy

40o g mąki orkiszowej chlebowej

200 g masła

4 – 6 łyżek cukru brązowego typu demerara (dałam 6 bo mój „dżem” był mało słodki a ciasto też do najsłodszych się nie zalicza)

1 bezglutenowy proszek do pieczenia

1 cukier waniliowy (nie mylić z wanilinowym) lub laska wanilii

szczypta soli himalajskiej, kłodawskiej lub innej nieczyszczonej

2 jajka

8 łyżek dżemu malinowego

60 g płatków migdałowych lub orzechowych (z tego zrezygnowałam bo i tak potem się osypują z ciasta)

3 – 4 łyżki grubego cukru nierafinowanego

1. Utrzeć masło z cukrem, kolejno dodając cukier waniliowy/nasionka wanilii, jaja, sól, mąkę wymieszaną z proszkiem do pieczenia.

2. Przełożyć do natłuszczonej tortownicy i piec 20 min. w temp. 180 st.C.

3. Wyjąć, posmarować dżemem malinowym, piec jeszcze 5 – 10 min. żeby się wierzch lekko skarmelizował. Na koniec posypać cukrem i płatkami migdałowymi (jeśli komuś nie przeszkadza, że strasznie śmiecą w trakcie konsumpcji ciasta).

źródło przepisu: Kulinarny Atlas Świata, Belgia (wyd. Agora)

Opublikowano domowe wypieki, słodkości | Otagowano , , , , | 2 Komentarze

Sceny z życie kury domowej

Sarasti wybrała się na zakupy. Pieszo, wszak jesień rozpieszcza. Zarówno pogodą jak i kolorami. W głowie piosenka przyniesiona przez Dzieci ze szkoły idzie lasem Pani Jesień, jarzębinę w koszu niesie dźwięczała na przemian z dawnym hitem A mnie jest szkoda lata. Zmęczona zbyt długim i zbyt upalnym latem, zachwycona pięknem otaczającej ją teraz przyrody w myślach zmieniła tekst drugiej z piosenek na a mnie nie szkoda lata… Taka jesiennie rozmarzona weszła do sklepu. Tam nie było już tak lekko i jesiennie jak na zewnątrz. Widok przerażającej ilości monstrualnej wielkości zniczy obudził w jej głowie Kata, po którego policzku potoczyła się łza dla cieniów minionych. I w tym nostalgicznym, metalowym nastroju szła dalej, by po chwili, przy następnej półce dokonać żywota na widok stojących karnie w szeregu świętych Mikołajów z czekolady niepierwszej jakości.  Zabiły ją dzwoniące stanowczo zbyt wcześnie w jej głowie bożonarodzeniowe dzwonki.

WP_20181006_14_03_50_Pro

Lista piosenek/melodii które towarzyszyły bohaterce w trakcie ostatniego wyjścia po zakupy:

1. „Idzie lasem Pani jesień” nie znam autorstwa, piosenka śpiewana jeszcze za mojego wczesnego dzieciństwa;

2. „A mnie jest szkoda lata”, Jerzy Połomski;

3. „Łza dla cieniów minionych”, Kat z albumu „Bastard”;

4. „Jingle Bells”, po polsku znanej jako „Pada śnieg”, piosenka nieodmiennie związana ze świętami Bożego Narodzenia (i od jakiegoś czasu z reklamą pewnego brązowego napoju, który – jeśli wierzyć reklamie – kiedyś można nabyć za wszę).

Opublikowano Bez kategorii, twóczość własna | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Buraki kiszone

Od lat czytałam o burakach kiszonych. Głównie w temacie barszczu wigilijnego, że niby najlepszy jest z kwasu z buraków. Tylko nie bardzo wiedziałam nie tylko jak się do tego kiszenia zabrać ale i jak takie kiszone buraki powinny smakować. Któregoś pięknego razu zjadałam coś takiego u świekry, która chyba też wówczas po raz pierwszy spróbowała kisić buraki. Kisiła je tak, jak się kisi ogórki i stwierdziłam, że takie kiszone buraki też nieźle smakują. No i o przepis nie musiałam prosić, bo ogórki kiszę od lat. Różnica między moimi burakami a burakami rodzicielki Małżonka polega tylko na tym, że ona kisi całe bulwy, ja krojone w grube plastry. Jakoś nie lubię, żeby mi z talerza uciekało coś okrągłego, co w dodatku wybrudzi wszystko na swojej drodze.

Kiszone buraki

Do wyparzonych słoików wrzucić koszyczki kopru, najlepiej z nasionami (czasem nie dodaję i tez jest dobrze), pokrojone na pół ząbki czosnku, kawałki chrzanu i pokrojone w grube półplasterki buraki. Te ostatnie najlepiej ekologiczne lub z własnej uprawy. Zalać to wszystko wrzącą solanką (1,5 łyżki soli kamiennej niejodowanej na 1 l wody), zakręcić, postawić do góry dnem i zostawić tak na noc. Rano te słoiki, które nie ciekną wynieść do piwnicy czy innej spiżarni.

Kiszonek nigdy nie pasteryzuję. Owszem, bywa, że pod koniec sezonu są już niemożebnie kwaśne ale… w kiszonkach chodzi o to, żeby mieć zdrowe, probiotyczne bakterie kwasu mlekowego. Kiedy pasteryzuję kiszonkę zabijam te bakterie. Czyli owszem, walory smakowe pozostają, z pewnością niektóre zdrowotne również, ale najważniejszy prozdrowotny ginie.

WP_20181001_15_54_40_Pro

Opublikowano przetwory domowe | Otagowano , , , , | 5 Komentarzy

Same naturalne składniki

O tym, że praktycznie nie uświadczy się wina bez siarczynów wiadomo od dawna. Czasem jednak człowiek ma ochotę na jakiś alkohol niskoprocentowy inny niż piwo. Od jakiegoś czasu modne są cydry, a z uwagi, że w naszym kraju jabłek dostatek, to i polskie cydry zyskują na popularności. Postanowiłam więc spróbować jakiegoś. Uwagę moją przyciągnęły widniejące na butelce słowa: jabłko, natura i oryginalna receptura.

WP_20180814_20_15_13_Pro

Pomna więc doświadczenia z Mio Mio Mate jeszcze przed zakupem postanowiłam zapoznać się ze składem chemicznym. DOKŁADNIE zapoznać się. Jakże cieszy, kiedy się czyta, że cydr pochodzi z jabłek ze znanych w całej Polsce sadów grójeckich, że napój składa się z samych naturalnych składników. Tylko gdzieś tak z boku pojawia się coś, co budzi poddaje w wątpliwość wszystko to, co powyżej.

WP_20180814_20_15_32_Pro

Kupiłam piwo. Jak dotąd nie znalazłam na nim informacji o siarczynach.

 

Opublikowano zakupy | Otagowano , , , , | 1 komentarz

Gofry prosto z piekarnika

Doła mam cały czas. Tylko czasami trochę głębszego. Kiedy więc mam głębszego doła ciągnie mnie do wszystkiego, co niezdrowe. Ostatnio więc zachciało mi się gofrów. Jednak niezdrowych gotowców to raczej nie lubię, wolę sama sobie robić trucizny, którymi odreagowuję doły. Zdarzyło się, że w jednym z dyskontów natrafiłam na silikonowe foremki, więc mogłam sobie takie gofry upiec.

Gofry z piekarnika

120 g stopionego masła

260 g mąki orkiszowej

ok. 100 ml wody

70 ml mleka

2 jajka z chowu ekologicznego lub wolnowybiegowego

3 łyżki cukru kokosowego

1 łyżeczka bezglutenowego proszku do pieczenia

Wszystkie składniki umieścić w misce, wymieszać rózgą, przelać do foremek. Piec w temp. 180 st. ok. 20 min., do zarumienienia.

Gofry podałam z malinami na ostro (zakupionymi na wolnym jarmarku śniadaniowym) oraz z waniliową bitą śmietaną własnej roboty. Waniliową bitą śmietanę zrobiłam z ekologicznej śmietany do ubijania 30% z Lidla oraz cukru z prawdziwą wanilią.

Smakowało nieźle acz gofry wyszły jak na mój gust trochę zbyt mało chrupiące, więc na przyszłość będę musiała poszukać innego przepisu. Albo po prostu piec krócej w wyższej temperaturze ewentualnie pod koniec pieczenia włączyć termoobieg.

DSC02954

źródło przepisu: 1)

Opublikowano słodkości | Otagowano , , , | 3 Komentarze

Granice sadyzmu

Rosiczkę sobie kupiłam. I muchołówkę. I tłustosza. I kapturnicę. Wszystkie te roślinki oprócz ozdoby parapetów mają jeszcze jedno zadanie: zjadać to, co latając po mieszkaniu doprowadza do szału mieszkających w nim ludzi, czyli wszelkiej maści robactwo. I czasem w kuchni lubię się przyglądać jak taka muszka owocówka przylepi się do tłustego listka tłustosza czy lśniących kropelek na listkach rosiczki i najpierw się próbuje wyrwać, potem porusza coraz słabiej a na końcu zmienia się w plamkę, w której nie ma śladu dawnego robaczka. Obserwuję też kapturnicę i muchołówkę na parapecie mojego okna. I obserwuję muchę, która sobie lata dookoła i nawet zdarzy jej się przysiąść na listku muchołówki, nawet spróbuje dostać się to szczęk roślinki… od strony zębów po czym zniechęcona odlatuje. Do kapturnicy nic nie chce wlecieć. Nie miałam więc dotąd okazji popatrzeć jak zaciskają się szczęki muchołówki czy zamyka kaptur kapturnicy uniemożliwiając robaczkowi wyjście. Czytałam, że niektórzy po prostu hodują takie muchołówki na przykład w terrariach i podrzucają im świerszcze do jedzenia. Czytałam też, że jednak wszystkie roślinki, które sobie zakupiłam są jak najnormalniejszymi roślinami i najzwyczajniej w świecie fotosyntezują, więc bez robaczków też mogą żyć. Czyli gdybym tak złapała muchę i nie uśmiercając jej (bo dla roślinki musi być żywa) i podała którejś z ozdób parapetu to w sumie byłoby tak samo, ja gdym złapała muchę i nie zabijając jej, pozbawiała ją po kolei skrzydełek i odnóży. Natura nie jest ani dobra ani zła, więc muchołówka czy kapturnica wabiąc owady nie są ani dobre ani złe, działają tak, jak je natura zaprogramowała czy jak wyewoluowały. Ja zaś, gdybym chciała pomóc roślinkom się dożywić (bo wyżywić się to im pomagam, codziennie je podlewając) byłabym już sadystką. Więc nadal będę siedzieć i patrzeć, a nuż jakaś mucha się złapie w szczęki lub znajdzie (wieczne) schronienie pod kapturkiem.

DSC02889

Opublikowano ładne kwiatki | Otagowano , , , , , , | 4 Komentarze

no-replay

Potrzebowałam kupić coś Dzieciom do szkoły. W ramach wyprawki. Problem polegał na tym, że w żadnym sklepie tego nie szło uświadczyć a na alledrogo było faktycznie drogo. Któryś rodzic zauważył, że w jednej sieci marketów jest taniej, więc się tam pofatygowałam. Cóż, było taniej, ale nabyć można było tylko przez internet. No to się zalogowałam, towar zamówiłam, pieniądze przelałam. No-replay napisał mi, że przyjął zamówienie. Dnia następnego napisał, że towar został wysłany. No to sobie czekałam. I czekałam. I czekałam. I czekałam. W wolnej chwili nawet próbowałam sprawdzić jak się mogę z no-replayem skontaktować ale zauważyłam, że zapomniałam hasła żeby się zalogować a kiedy już je odzyskałam miałam inne rzeczy do roboty. Właściwie to jutro w razie braku przesyłki miałam szukać dalej. Tymczasem dziś dostaję imail, który wygląda dość uroczo:

no-replay[maupa]sklepzktóregozamawiałam: Potwierdź odbiór zamówienia.

Patrzę i własnym oczom nie wierzę. To, co widzę mogłabym przetłumaczyć jak: odpowiedz mi. Ale milcz jak do mnie mówisz.

 

PS. Na wypadek, gdyby znalazł się ktoś życzliwy, chcący mnie poinstruować w jaki sposób mam się skontaktować z no-replayem informuję, że udało mi się znaleźć sposób, żeby potwierdzić nieodebranie zamówienia. Moja technofobia ma jednak swoje granice. Konkretnie rzecz ujmując mieści się ona w granicach rozsądku.

 

Opublikowano zakupy | Otagowano , , | Dodaj komentarz

O sprośnych wariacjach XXX

Jesień to czas rozmaitych infekcji, przeziębień i tym podobnych. Na szczęście jesień to także, a może przede wszystkim czas obfitości zdrowych warzyw i owoców. Więc kiedy dopadło mnie przeziębienie postanowiłam wspomóc leczenie farmakologiczne leczeniem naturalnym. Początkowo miałam zrobić to, rzecz w tym, że skoro z natury cierpię na zespół przewlekłego zmęczenia i do tego dochodzi przeziębienie, to sił na zrobienie zupy brakuje. Kiedy zaś już te się znalazły tak wyszło, że na obiad była zupa, to przecież dwóch jeść nie będę. Tak samo jak Małżonea a i niewykluczone że Progenitura nie zjedzą na obiad zupy z dyni. Więc na kolację postanowiłam sobie zrobić dynię z jaglanką, która to kasz podobnoż odfelgmia. Zupę mam nadzieję jeszcze tej jesieni zrobić, wszak sezon dyniowy dopiero się rozpoczął.

Uzdrawiająca jaglanka z dynią, pigwą i gruszkami

1,5 szkl. ekologicznej kaszy jaglanej WP_20180919_19_19_23_Pro

1/2 dyni piżmowej (bądź odpowiednia ilość dowolnej innej)

2 gruszki

2 pigwy

2 łyżki pomarańczowej oliwy z oliwek (w razie  braku takowej – obok zwykłej oliwy extra virgin warto dodać skórkę otartą z ekologicznej pomarańczy)

świeży imbir (im więcej tym zdrowiej)

cynamon (jeśli cejloński to zdrowiej tylko ten do nabycia w naszym kraju jakoś tak niewyraźnie smakuje, więc jeśli wonny – to smaczniej)

1. Dynię obrać, jeśli trzeba pozbawić pestek, jeśli to będzie hokkaido to nie obierać ale koniecznie pozbawić pestek. Pestki można zjeść, posiadają bowiem takie właśnie świeże,  właściwości odrobaczające. Obraną włożyć do naczynia żaroodpornego.

2. Do dyni dołożyć obrane i pobawione gniazd nasiennych pigwy. Wszystko to skropić pomarańczową oliwą. Przykryć i włożyć do piekarnika nagrzanego do 180 st. C. Piec ok. godziny, do miękkości.

3. Wystudzone dynie i pigwy zmiksować z obranymi i pozbawionymi gniazd nasiennych gruszkami, cynamonem i utartym imbirem.

4. Kaszę jaglaną wrzucić do garnka o grubym rondu, chwilę prażyć, następnie zalać wrzątkiem (stosunek kaszy do wody: 1:3). Gotować do całkowitego wchłonięcia wody.

5. Wymieszać kaszę z puree dyniowo-gruszkowym i się zajadać.

Opublikowano bezgluten, obiady i kolacje | Otagowano , , , , , | 4 Komentarze