O niedzielnych wyborach

W najbliższą niedzielę do wyborów pójdą dwie grupy ludzi. Jedni będą iść mając na ustach lub w sercu hasło: Dobra zmiana!, drudzy – Dobra, zmiana!* Jakiś czas później, dowiemy się, czy wygrał przecinek czy też jego brak.

Ci, którzy pozostaną w domach i tak wiedzą swoje. Im przyświeca hasło: gorsza od braku wyboru jest iluzja wolnego wyboru. O tym, jak to się ma do rzeczywistości, przekonamy się trochę później niż o tym kto wygrał.

DSC06338*hasło podpatrzone na FB

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

Jesień w Inowrocławiu

Pisałam już kiedyś, że Inowrocław jest piękny o każdej porze roku, prawda? Pisałam też ostatnio, że swoimi jesiennymi zachwytami będę się dzielić jeszcze nie raz, póki jesień trwa. Więc dzielę się pięknym, jesiennym Inowrocławiem, o tyle piękniejszym od letniego, że ludzi już mniej. Ale wciąż jeszcze można spacerować po tężniach i z góry podziwiać jesienne widoki.

 

Opublikowano podróże małe i duże | Otagowano , , , , , | Dodaj komentarz

Wczesna jesień

Lubię jesień. Zarówno tę wczesną, w której dominuje jeszcze zieleń, dopiero powoli ustępująca innym jesiennym barwom, kiedy drzewa uginają się pod ciężarem jabłek, gruszek i innych jesiennych owoców, jak i tę późną, kiedy w podmuchach wiatru opadają ostatnie liście, ale w parkach i na trawnikach wciąż jeszcze tworzą grube, żótoczerwonozłote dywany. Mówią, że nie ma nieodpowiedniej pogody na spacer, jest tylko nieodpowiednie ubranie. Zgadzam się, ale jeśli idzie o spacer z aparatem fotograficznym, to deszcz jest zdecydowanie nieodpowiednią pogodą – trudno trzymać parasol i jednocześnie fotografować, a bez parasola aparat można uszkodzić. Ale kiedy tylko deszcz ustaje (na razie modlę się aby było go jak najwięcej) nie ruszam się z domu bez aparatu, spieszę się bowiem uwieczniać kolorowe liście, w obawie, że nazajutrz mogą już wszystkie być jednakowej, szaroburej barwy. Później zaś niczym jesień ziemię liśćmi, ja zdjęciami, zasypuję internety. Dziś pierwsza, ale nie wątpię, że nie ostatnia, porcja jesiennych zdjęć.

Opublikowano spacery | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Kochany, kochany, lecą z drzewa na ziemię kasztany

…my do sklepu po spiryt biegamy,

trzy miesiące następnie czekamy i nalewkę leczniczą już mamy.

DSC06208

Przepis na nalewkę znalazłam na fejsbukowej grupie #mniej. Podobno na stawy dobry. Świekra robi taką i daje dla Dzieci, żeby je tym nacierać i oklepywać jak kaszlą. Czemuś działa chyba w zależności od wiary – kiedy ja lub Małżonek leczymy tym Dzieci – nie bardzo działa, kiedy robi to świekra – działa. Uznałam jednak, że na swoje zbolałe barki nie będę używać tej, którą babcia wnuśkom szykuje, bo gdybym całe zużyła na siebie a potem by Dzieć jeden czy drugi zachorował to trochę głupio wyjdzie. Więc kiedy przetestowałam świekrową nalewkę i stwierdziłam, że działa kojąco na moje zwyrodniałe stawy, uznałam, że mogę sobie sama zrobić.

Przepis wygląda mniej więcej tak: do butelki/słoika wsypujemy pokrojone świeże kasztany tak mniej więcej na wysokość 1/3 i zalewamy spirytusem. Zamykamy na jakieś trzy miesiące i tylko od czasu do czasu potrząsany naczyniem. Potem można używać sobie wedle potrzeby.

Mniej więcej tyle przeczytałam na grupie. Więc zakupiłam spirytus. Kiedy Dzieć Młodszy zebrał trochę kasztanów pokroiłam je, wsypałam do butelek po rozmaitych kupnych sokach, zalałam tym spirytusem, i zamknęłam w szafce. Jakiś czas później rozmawiałam z własną matką, która powiedziała mi, że to chyba (nie wie, bo sama takich rzeczy nie robi) 40-procentowy spirytus powinien być. Cóż, zrobiłam z 95-procentowego i raczej rozcieńczać nie będę. Maść z żywokostu posiadam, więc w razie problemów skórnych się tym wysmaruję… z nadzieją, że się żwyokost z kasztanem nie zniosą nawzajem swoich właściwości ani się nie pożrą. Maść, wytworzoną metodami chałupniczymi, zakupiłam na jarmarku śniadaniowym. Mówili, że skuteczna, na mnie jednak niekoniecznie działa. Ale może to trzeba regularnie stosować, żeby poczuć moc? Na razie ważne, że tłusta, więc będzie można leczyć podrażnioną alkoholem skórę.

Opublikowano #mniej, przetwory domowe | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

Gołdap

Zaczęło się od tego. Nie, żebym kochała przebój Bobby’ego McFerrina ale lubię ciekawe covery. Później przez wiele lat utworu nie słuchałam, bo kariery Grupy Rafała Kmity raczej nie śledzę. Tylko tytuł i refren w głowie pozostał. I tak sobie tam leżał. Do czasu.

Pewnego pięknego dnia, kiedy byłam w rodzinnych okolicach Małżonka usłyszałam, jak świekra mówi, że była niedawno w Gołdapi. No to później, dyskretnie (i jak się okaże w dalszej części dialogu, dobrze że dyskretnie) zapytałam swoją Większą Połówkę:

– Gołdapia leży gdzieś tu blisko?

– Jaka Gołdapia??? Gołdap, kochanie, Gołdap.

– To dlaczego Twoja matka mówiła, że była w Gołdapi a nie w Gołdapie?

– Bo to jest TA Gołdap.

– TA??? To powinna być ta Gołdapia.

– To chyba litewska nazwa.

– Zabierzesz mnie tam kiedyś?

– Po co? Tam nic nie ma. No, chyba że się do Rosji wybierasz, to przy granicy.

No to skoro człowiek, który wychował się w tamtych okolicach twierdzi, że nie ma tam nic ciekawego, nawet zakładów przetwórstwa owoców, więc o jakichkolwiek przetworach z Gołdapi mogę zapomnieć, do tematu nie wracałam. Bo po co? Wizy do Rosji i tak nie posiadam, więc o zwiedzaniu Królewca Kaliningradu nie ma mowy.

Jakiś czas później zawarłam bliższą znajomość z Instagramem. Wrzucam zdjęcia, opisuję, hasztaguję i jest dobrze. Nie żeby od razu rzesze fanów i tysiące lajków, ale przynajmniej mam co zrobić ze zdjęciami, z których jestem szczególnie zadowolona. Pewnego pięknego dnia wrzuciłam zdjęcie z tężniami z Inowrocławia i opisuję: #tężnie. Usłużny Instagram dorzuca podpowiedzi:

#tężniesolankowe

#tężnieciechocinek

#tężnieinowrocław

#tężniegołdap

Wprawdzie Małżonek upiera się, że tam naprawdę nie ma nic ciekawego… i że nie, nigdy tam nie był, bo po co, skoro nic ciekawego tam nie ma i ja niby wiem, że na IG mogę sobie wstawić dowolny hasztag i to zostanie, ale i tak sprawdzam w wiki. I okazuje się, że tak, że Gołdap to miasto uzdrowiskowe, nazwa nie z litewskiego a ze staropruskiego pochodzi,  tężnie jak najbardziej tam są i ze zdjęć wynika, że całkiem ładnie tam jest. I nawet jest piękne jezioro, ale ono mi nie jest do szczęścia potrzebne, bo świekrowie też nad jeziorem mieszkają więc mam gdzie pływać z Dzieciakami. Małżonek, jak zwykle nie dowierzający swojej własnej ślubnej małżonce oczywiście też musiał sprawdzić w sieci, żeby upewnić się, że te tężnie rzeczywiście tam są. I nawet obiecał mnie zabrać. To ważne, bo o ile do Ino mogę jeździć bez niego, normalnie pociągiem, tak do Gołdapi raczej się nie da – tamtejsza linia kolejowa bowiem nazywa się „nieczynna”, co i tak nie ma znaczenia, to u świekrów brak jakiejkolwiek linii kolejowej. Czyli musi być samochód i nie da się inaczej.

W końcu pojechaliśmy. Szczególnie daleko nie było, po drodze oczy cieszył widok kilku wirujących OZE sugerujący, że nie tylko wunglem Polska stoi. Samo miasto mnie nie interesowało, choć kiedy przejeżdżaliśmy przez centrum zauważyłam, że wygląda jak nowowybudowane albo ostatnioodnowione. Kiedy dotarliśmy w okolice tężni poczułam się prawie jak nad morzem: ładny deptak na plażę, place zabaw dla dzieci, fit parki i parki linowe dla dorosłych.

WP_20190820_13_04_46_Pro

 

I tylko ludzi jakoś mało, co było o tyle dziwne, że samochodów na parkingach stało całkiem sporo. Nie, żeby mnie brak ludzi przeszkadzał, wszak w Ino listopadową porą też ich nie ma zbyt wielu, a jesienią i zimą jeżdżę tam chętniej niż latem.

Tężnie małe, ale to nie ważne, bo w sumie jakie to ma znaczenie czy przejdę wzdłuż jednej, liczącej kilometr tężni czy pięć razy wzdłuż dwóch krótszych? Liczy się jod, którym przyjechałam pooddychać.

Poza tym, w przeciwieństwie to Ciechocinka czy Inowrocławia, w Gołdapi mogę przejść się pod tężniami w bardzo dosłownym tego wyrażenia znaczeniu czyli mogę przejść tunelem, w którym z trzech stron (góra i boki) otacza mnie spływająca z witek tarninowych solanka. W upalny dzień można tylko żałować, że tunel taki krótki. Jakieś dziecko stwierdziło, że śmierdzi jak… jak… Skoro zaś dziecku słów brakło, uzupełniłam: jak morze, bo faktycznie morzem (takim z rybami) czuć każde znane mi tężnie.

Tężnie małe (internet podpowiada, że czwarte co do wielkości w Polsce ale ja chyba znam tylko te pierwsze i drugie lub trzecie), ale prześliczne.

Sporo tu miejsc do siedzenia

…a jak się ktoś bardzo postara, to i miejsce do leżenia się znajdzie.

Co więcej, za stosowną opłatą można wejść na górę i podziwiać widoki. Nie z każdej strony piękne, bo miasto się rozbudowuje, ale przestrzeń pomiędzy tężniami z góry wygląda nawet lepiej niż z dołu.

WP_20190820_13_22_03_ProWP_20190820_13_22_34_Pro

Kiedy już dość lub prawie dość nawdychałam się jodu weszłam do pijalni wód Mazurski Zdrój by tam skosztować miejscowej wody leczniczej.

WP_20190820_13_20_41_Pro

 

Jeśli powiem, że w smaku mocno nieciekawa to i tak nie powiem nic nowego, bowiem zasadniczo wody lecznicze w smaku nie bywają ciekawe. Woda lecznicza ma w końcu leczyć a nie smakować. Ale tutejsza to chyba nie na moje dolegliwości, bo po wypiciu jednego kubeczka (pół tutejszej mineralnej, pół – leczniczej, bo zasadniczo wód leczniczych nie powinno się pijać w wersji nie rozcieńczonej) nie odczułam pragnienia, by jeszcze się napić, choć dzień był upalny. Wodę można pić z plastikowego jednorazowego kubka (czyli mówię, że chcę wodę i dostaję kubek do którego nalewam wodę z kranów) lub za nieco większą opłatą kupić sobie tutejsze kubki – takie normalne lub takie do picia wód zdrojowych. Z uwagi na to, że nie miałam własnego czystego pojemnika nie zapytałam, czy za stosowną opłatą można wodę czerpać do swojego naczynia. Następnym razem jeśli tam będę nie omieszkam zapytać.

Po skosztowaniu wody leczniczej i przespacerowaniu się jeszcze pod tężniami przeszłam się na krótką chwilę popodziwiać jezioro. Na pierwszy rzut oka piękne i czyste. Na drugi i kolejne rzuty czasu nie miałam, bo wycieczka miała być krótka.

Po krótkim spacerze po promenadzie zawróciłam jeszcze do pijalni by zakupić to, bez czego chyba nie mogłabym wyjechać z miasta czyli przetwory z Gołdapi.

Nie, żeby one były produkowane w Gołdapi, ale nawet tutaj zakupione to wciąż „przetwory z Gołdapi”. „Konfiturą z Mazur” którą sobie zakupiłam był… cukier różany ale cała reszta, to już naprawdę były konfitury.

Odetchnąwszy przez chwilę jodem z Gołdapi i zaopatrzona w przetwora z Gołdapi, mając przed oczyma widok jeziora Gołdap mogłam już spokojnie wracać do świekrów.

 

Opublikowano podróże małe i duże | Otagowano , , , , , , , | 2 Komentarze

Upcyclig w praktyce

Upcycling czyli nadawanie nowego życia starym rzeczom to kolejna reguła ze świata #mniej która mnie zainspirowała. Więc jeśli uda mi się w jakikolwiek sposób dać nowe życie czemuś, co w przeciwnym razie powiększyłoby stertę śmieci, to się podzielę.

Chociaż idea #mniej mnie zainspirowała, nie oznacza to, że w końcu ulegnę modzie na mniej dżinsu w dżinsach. Oczywiście, dżinsy, które noszę to już nie 100% bawełny i coraz więcej w nich elastenu czy innych dodatków, sprawiających, że lepiej się dopasowują do nóg. Ale pod względem stosunku materiału do dziur to ja wciąż noszę 100-procentowe dżinsy i nie zamierzam z tego rezygnować. Owe 100-procentowe dżinsy noszę do oporu. Kiedy materiału ubywa tam, gdzie poprzecierane nie bywają nawet najmodniejsze dżinsy – zanoszę je do krawcowej w celu uzupełnienia braków. Do niedawna nie podobało mi się, że w niektórych dżinsach, które do noszenia się nie nadawały, bo nie było co łatać, wciąż były ładne, nie sprane nogawki, które trzeba było wyrzucić. Tymczasem wpadłam na pomysł, żeby z takich nogawek dać uszyć (sama jakoś nie potrafię, ale w końcu zawody takie jak szewc czy krawcowa wspierać wypada nim je fast fashion całkiem wypchnie z rynku) worek dla Dzieci. Taki na wzór worków na buty, tylko ciut większy, żeby Dzieć mógł w nim zabrać jedzenie i picie kiedy wybiera się na jednodniową wycieczkę czy kiedy lekcje odbywają się poza szkołą. Niby takich worków trochę w domu mam i kupić można po taniości… tylko one wszystkie zdecydowanie bardziej tandetnie wyglądają. A ten mam nadzieję, pożyje dłużej niż niejeden świeżo zakupiony w sklepie z artykułami szkolnymi. Przy okazji szycia nowego worka zaniosłam do krawcowej jeszcze nie taki stary ale już zniszczony worek na buty. Do naprawy. Nie zdziwię się, jeśli zapłacę za nią więcej niż mnie ten worek kosztował, ale czasem tak wolę.

WP_20190808_00_16_40_Pro

Opublikowano #mniej | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Deser porzeczkowy

Soki robię od dawna. Konkretnie od kiedy mam własną rodzinę. Robiła kiedyś moja matka, robię i ja. I zazwyczaj z bólem serca po zawekowaniu soków wyrzucałam owoce. W zeszłym roku z malin zrobiłam coś na kształt dżemu do wykorzystania natychmiastowego i było torcik belgijski z malinami z odzysku. Tym razem postanowiłam wykorzystać porzeczki. Postanowienie musiałam podjąć nim zabrałam się za robienie soku, czasem bowiem kusiło, żeby nie wszystkie porzeczki na sok odszypułkować – teraz nie mogłam pójść na skróty, bo o ile mogę pluć pestkami jedząc wiśnie z kompotu, tak plucie szypułkami w trakcie jedzenia dżemu raczej nie jest dopuszczalne. Sok robię w nocy czyli  po zamknięciu ostatniej butelki garnek zostawiam do rana, żeby ściekły resztki soku. Następnego dnia „suche” porzeczki przerzuciłam na dużą patelnię, dosypałam 2 – 3 łyżki cukru (brązowy typ demerara), dolałam sok, który ściekał przez noc, wymieszałam i podgrzałam do rozpuszczenia się cukru.

Porzeczkowe tiramisu

2 op. biszkoptów typu lady fingers (tu akurat były San, ale mogą być włoskie typowe do tiramisu, ważne, żeby bez oleju palnowego, syropu glukozowo-fruktozowego i innych śmieciowych dodatków)

1/2 szkl. rozcieńczonego wodą soku porzeczkowego

2 op. serka mascarpone (albo jedno półkilogramowe)

3 jajka ekologiczne albo z wolnego wybiegu

3-4 łyżki cukru z agawy lub cukru pudru

sok z cytryny

1. Białka oddzielić od żółtek. Z białek i soku z cytryny ubić sztywną pianę.

2. Żółtka miksować z cukrem z agawy wysokich obrotach na idealnie gładką masę.

3. Zmniejszyć obroty miksera i stopniowo dodawać serek mascarpone. Kiedy tylko jedna porcja wkomponuje się w masę dodawać następną. Przerwać ucieranie jak tylko całość przybierze jednolitą fakturę.

4. Szpatułką wymieszać masę żółtkową  z pianą z białek. Do całkowitego połączenia się i ani chwili dłużej.

5. Prostokątne naczynie wyłożyć papierem do pieczenia.

6. Nasączone sokiem biszkopty układać ściśle w foremce (ew. ułożyć biszkopty i nasączyć przy pomocy łyżki).

7. Na biszkoptach rozsmarować dość grubo dżem porzeczkowy.

8. Na dżem porzeczkowy nałożyć krem z mascaropone.

9. Czynności opisane w pkt. 6-8 powtórzyć przy układaniu drugiej warstwy.

10. Włożyć na parę godzin (najlepiej na całą noc) do lodówki.

Nie wymyśliłam jeszcze jak można wykorzystać opakowania po biszkoptach, więc je wyrzuciłam do właściwego pojemnika na śmieci. Pudełek po serku mascarpone używam w charakterze podstawek pod zioła w doniczkach czy inne kwiaty doniczkowe, część z nich zaś przyda się do pakowania Dzieciom własnoręcznie robionej granoli do szkoły na śniadanie.

Opublikowano #mniej, słodkości | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

#mniej

Od paru lat modna jest postawa zerowaste czyli nie zostawianie po sobie żadnych śmieci. Wiadomo, życie polegające na tym, żeby wszystko wykorzystać do końca łatwe nie jest, bo nie mogę przerabiać wszelkich plastikowych kubeczków po serkach czy jogurtach na doniczki, zabawki etc. więc te serki i jogurty powinnam robić sobie sama. W owoce i warzywa zaś (zerowaste to zasadniczo powinien być weganizm, bo przecież nie zjem krowy z kopytami czy kurczaka z piórami, pazurami i kośćmi) zaopatrywać się bezpośrednio u wytwórców. Najlepiej by było chodzić do nich na piechotę/rowerem i potem targać te kilogramy warzyw i owoców w wielorazowych opakowaniach. Skoro jest moda to nie ma opcji, żeby ktoś nie chciał na tym zarobić, więc jeśli jeśli ktoś chce się właśnie stać zerowaste łatwo może trafić na tych, którzy mu pomogą. Odpłatanie. Więc może sobie kupić jogurtownicę do samodzielnego wyrabiania jogurtów i kefirów, aluminiowe puszki na kosmetyki własnej produkcji etc. Czyli jeśli chcę być zerowaste, bo to modne to muszę najpierw zebrać trochę kasy, żeby móc się na rozmaitych portalach pochwalić moimi nowymi gadżetami. Jeśli jestem bezodpadowcem z przekonania – wiem co myśleć o takich sklepach.

Idea zero waste to jednak ortodoksja i to jest jej najsłabszą stroną. Nie każdemu bowiem chce się jeść rzodkiewkę czy marchewkę razem z nacią, jabłka z gniazdami nasiennymi i nie każdy potrafi zrezygnować z przysłowiowego schabowego. Przez to łatwo poddać się od razu przed startem i pozostać przy starych nawykach. Dla tych jednak, którzy chcieliby się ograniczać i pochwalić swoimi wyrzeczeniami oraz skorzystać z inspiracji innych Szymon Hołownia na fb założył grupę Mniej. Dobrze się stało, że taka grupa powstała, bo owszem, ktoś może uznać, że nawet kubeczek menstruacyjny zamiast podpasek czy dezodorant własnej produkcji zamiast antyperspirantu to za duże wyrzeczenie i nic w swoim życiu nie zmieniać, ale może się zdarzyć ktoś, kto tak się wciągnie w ograniczanie się, że nawet się nie spostrzeże jak osiągnie stan zen… znaczy zero waste. Czasem zaś wystarczy, że wiele osób choć trochę się ograniczy i to już będzie o wiele śmieci mniej. Więc ważne jest więc, żeby próbować, żeby się inspirować i być inspiracją. Żeby zrobić cokolwiek, żeby śmieci było coraz mniej, żeby głosując portfelem zniechęcić przedsiębiorstwa do nadużywania plastiku i do tworzenia kolejnych rzeczy jednorazowego użytku.

#mniej dla mnie oznacza: butelkę/dzbanek z filtrem, by nie musieć kupować wody źródlanej – ale już nie rezygnację z wód wysokozmineralizowanych i leczniczych, które mogę kupić tylko w plastikowych butelkach. Mikser typu mix&go z dwoma bidonami, by nie musieć kupować Dzieciom małych musów owocowych/jogurtowych do szkoły, tylko robić. Przetwory z słoikach z odzysku – dlatego moje ogórki czy buraki kiszone niejednokrotnie nazywają się Majonez Dekoracyjny Winiary, miód wielokwiatowy z prywatnej pasieki czy śledzie Lisner. W sezonie truskawkowym zainwestowałam raz w łubiankę, więc truskawki kupowałam na łubianki a nie na kilogramy i przy zakupach wymieniałam pustą łubiankę na pełną. Szampon w kostce z pewnością sobie zakupię… kiedy skończą mi się moje w płynie. Do lumpeksów nie chadzam, bo zapach tam panujący przyprawia mnie o ból głowy, ale ciuchy i buty noszę dopóki się całkiem nie rozpadną. Kiedy rozpadną się nie całkiem – zanoszę do naprawy. Dzieć Młodszy ma sporo ciuchów po Dzieciu Starszym a czasem oba Dziecie donaszają ciuchy po dzieciach koleżanek. Takie rzeczy jak korzystanie z komunikacji publicznej oraz z własnych nóg, uważne czytanie składów chemicznych artykułów spożywczych i chemii czy w miarę możliwości chodzenie z własną torbą na zakupy praktykuję od dawna. Dodam – z torbą czy torbami z plastiku, ale wielorazowymi. Bo przecież nie wyrzucę całego plastiku, bo to nieeko i nie zastąpię go od razu ekologicznymi: lnem czy bawełną. Grupa Szymona Hołowni mnie zainspirowała i tutaj będę się dzielić moimi drobnymi krokami w kierunku #mniej_śmieci. Może niektórymi pomysłami też kogoś zainspiruję. A może ktoś w komentarzu zainspiruje mnie.

WP_20190804_11_29_08_Pro

 

Opublikowano #mniej | Otagowano , , , , , , | Dodaj komentarz

Renata Przemyk

 

DSC06046Gdyby ktokolwiek mnie zapytał o ulubionych wokalistów i wokalistki, najprawdopodobniej nazwisko Renaty Przemyk by się wśród nich nie pojawiło. Ewentualnie w dodatku: lubię też… Gdyby zaś ktoś zapytał mnie o stosunek do jej twórczości, pewnie powiedziałabym „moja siostra słuchała, ja też lubię parę kawałków”. Tak było dawno, piosenki Renaty Przemyk znałam faktycznie w dużej mierze dlatego, że moja siostra słuchała jej płyt i niektóre piosenki znałam z radia. Ceniłam sobie też teksty, ale jednak zawsze to była wokalistka, której słucha moja siostra. Ja przy okazji. Nie śledziłam jej kariery, więc prawie nie zauważyłam, kiedy znikła. Zauważyłam zaś kiedy zaczęły pojawiać się wywiady na okoliczność powrotu na scenę. Ale ani samych wywiadów nie czytałam ani nie przeczesywałam internetu w poszukiwaniu nowych utworów. Zdecydowanie za dużo czasu poświęcam na słuchanie audiobooków, by szukać nowych muzycznych fascynacji czy odkopywać stare.

W tym roku przypada 30-lecie pracy twórczej wokalistki. Z tej okazji ruszyła w trasę koncertową ze swoim pierwszym zespołem – Ya Hozna. Kiedy tylko zobaczyłam, że zagra w Toruniu w Muzeum Etnograficznym od razu zakupiłam bilet… po czym zapomniałam o tym fakcie. Łatwo było zapomnieć, bilet bowiem do mnie nie dotarł. Na szczęście o zakupie przypomniałam sobie dwa dni przed koncertem i udało mi się uzyskać duplikat. I dobrze się stało, bo zdecydowanie warto było pojawić się na widowni. Warto było przypomnieć sobie czasy, kiedy dopiero zaczynałam interesować się muzyką i uświadomić sobie, że nie tylko większość piosenek pamiętam, ale że i całkiem sporą ich ilość znam prawie na pamięć. I po raz kolejny wysłuchać dawniej ulubionych: „Ten taniec”, „Zero (odkochaj nas)”, „Tortury”, „Bo jeśli tak ma być”, by przekonać się, że piosenki, podobnie jak wokalistka nie postarzały się zupełnie. Może trochę głos już nie ten… a może tylko nagłośnienie nie tak dobre, jak w studio. W końcu mała scena przed muzeum to nie amfiteatr. Zresztą, to nie było najważniejsze. Ważne, że widać było radość, jaką czerpie wokalistka z koncertowania i z kontaktu z publicznością. I miło jest patrzeć na gwiazdy, które nie gwiazdorzą. Skoro był to koncert „Renaty Przemyk i zespołu Ya Hozna” każdy członek miał szansę się wykazać a nie być tylko tłem dla charyzmatycznej piosenkarki. Doceniam taką postawę.  Nie zmienia to jednak faktu, że po koncercie nie zostałam, by kupić płytę czy zdobyć autograf. Nie, nie wyrosłam z tego, po prostu moje uzależnienie od książek osiągnęło ten poziom, że wolę poświęcać czas na słuchanie audiobooków. Jeśli zaś mam wybierać muzykę, towarzyszącą lekturze książek, to z pewnością będzie to taka, której tekst nie będzie mnie od książki odrywał. Jednak jeśli jeszcze Renata Przemyk wystąpi w Toruniu, z pewnością znów się wybiorę.

DSC06043

Opublikowano wydarzenia | Otagowano , , , , , , , | Dodaj komentarz

O pociągu do pociągów II

O swoim pociągu do pociągów pisałam już jakiś czas temu, przy okazji zwiedzania wrocławskiego Kolejkowa. Pociągowi temu dawałam też nieraz tutaj, tutaj czy tutaj. Pociągiem do pociągów zaraziły się też Dzieci. Dawno narzekały, że jeździły już samochodem, autobusem, autokarem, tramwajem a pociągiem nie. Raz we Wrocławiu przejechały ze stacji Wrocław Leśnica na stację Wrocław Główny ale to i tak było za mało. Teraz jeżdżą więcej. Niewiele, ale względnie często. Głównie na trasie Toruń-Inowrocław i z powrotem. W pociągach tych można obejrzeć reklamę poznańskiego Kolejkolandu, który Młodzież zapragnęła zwiedzić. Ponieważ do stolicy Wielkopolski mi nie po drodze nie pozostawało nic innego, jak ponowna wizyta w Kolejkowie podczas krótkiego wakacyjnego pobytu we Wrocławiu. Zwłaszcza że dowiedziałam się, iż od czasu ostatniej mojej wizyty w miasteczku zaszło sporo zmian.

Kolejkowo wciąż wygląda uroczo. I wciąż żyje, choć dziwne to życie: pociągi i tramwaje jeżdżą po torach, samochody – po ulicach…

…ludzie jednak zastygli w pół ruchu – zakonnica z księdzem na rowerze wciąż zjeżdża z górki,

rybak wciąż cieszy się udanym połowem, gdy tymczasem jego ofiara bezskutecznie usiłuje nabrać tchu.

Słońce regularnie wschodzi, by po dziewięciu minutach zajść, dając początek trwającej cztery minuty nocy. Stąd różnice jasności na fotografiach… I czasem aż żal, że w Kolejkowie czas nie zatrzymał się w porze wiosennej lub jesiennej, kiedy noc trwa równie długo jak dzień. Nocą bowiem robi się bardziej tajemniczo, a pociągi zdają się wyjeżdżać wprost z mrocznej wyobraźni Stefana Grabińskiego.

Magiczny świat Kolejkowa to przede wszystkim Wrocław. Dworce kolejowe – Wrocław Brochów

…czy Wrocław Świebodzki, który teraz – skoro już pociągi się na nim nie zatrzymują – może goszcząc w swoich murach miniatury pociągów, wspominać dni dawnej chwały.

Poza wrocławskimi dworcami zobaczyć tu można budynki i inne obiekty znane i rozpoznawane każdemu wrocławianinowi – zarówno rodowitemu jak i przyjezdnemu.

Oczywiście, jeśli Wrocław ma być przekonujący to bez robót drogowych się nie obejdzie.

Bez placów budowy, na których praca wre, również.

Zmęczeni wrocławskimi pejzażami i spragnieni ochłody zwiedzający, mogą wybrać się do Karpacza, i z zazdrością patrzeć na zalegający na  Śnieżce śnieg, i korzystających z zimowej aury narciarzy…

…albo podziwiać miejsca, których nigdzie indziej nie uświadczą jak parki, po których spacerują dinozaury

czy monumentalne rzeźby wzorowane na tych zza oceanu.

Wolę sobie nie wyobrażać co by rodzimi kaskaderzy-patrioci spod rozmaitych barw politycznych z tymi twarzami zrobili gdyby taka rzeźba kiedyś w świecie realnym powstała. Na szczęście w Kolejkowie, nikt nie waży się na aż takie akty wandalizmu. Choć znalazł się śmiałek, który zapragnął spojrzeć Lechowi Wałęsie prosto w oczy… z uwagi na proporcje, musi patrzeć w każde oko z osobna. Obeszło się jednak bez aktów agresji.

Oczywiście patrioci czy raczej patriotki w Kolejkowie występują i z pełnym poświęcenia zapałem (oraz z pominięciem zasad pisowni angielskiej) na murach wypisują swoje uczucie do miasteczka.

W ten oto sposób płynnie od ogółu znów powróciłam do szczegółu. W Kolejkowie bowiem każdy szczegół jest dopracowany i nic nie jest przypadkowe. Wystarczy spojrzeć na budynek, na którym znajduje się neonowa reklama PZU. Jeśli przyjrzeć się bliżej balkonom budynku i tego, co się na nich dzieje – widać wyraźnie , że naprawdę warto się ubezpieczać.

Szczegóły te mogłabym podziwiać jeszcze przez kilkanaście lub więcej kolejkowych dni i nocy, nie zważając na dinozaury, panów z bronią i inne niebezpieczeństwa. Rzecz w tym, że Dzieci w końcu znalazły w miasteczku siedem kotów, dwie wiewiórki, jedną kozę, dziewięć szczurów (na szczęście żadnego biegającego pomiędzy zwiedzającymi), dziewięć gołębi, jednego malarza, piętnaście psów, jednego orła, czternaście krasnali, jednego supermana, jednego krokodyla, jeden banknot, trzy lisy, jednego królika, jednego rzeźbiarza i jednego Indianina więc uznały, że czas już odebrać przy kasie zasłużoną nagrodę i udać się do domu. Tramwajem. Wszak z Dworca Świebodzkiego dawno już pociągi nie odjeżdżają…

Opublikowano podróże małe i duże | Otagowano , , , , , , | 2 Komentarze