Starówka Toruńska

Pamiętam, dawno, dawno temu kiedy mieszkałam we Wrocławiu od czasu do czasu przyjeżdżałam do Narzeczonego. Z przyczyn bliżej nieokreślonych parę lat minęło nim najukochańszy poinformował mnie,  że w sumie to powinnam wysiadać na dworcu Toruń Wschód a nie na Głównym. Nim jednak go w końcu oświeciło, moje przyjazdy wyglądały tak, że kiedy proponował autobus (podówczas był jeszcze niezmotoryzowany) ja odpowiadałam, że jak chce to może jechać i poczekać na mnie za mostem, bo ja po pięciu godzinach jazdy mam bowiem dość siedzenia. Więc szliśmy. I zawsze tuż po wejściu na most (podówczas jedyny samochodowo-pieszy w Toruniu) przystawałam, żeby popatrzeć na Starówkę. Jednako piękna była zarówno za dnia jak i już po zmroku, pięknie oświetlona. Później to się skończyło – najpierw wysiadałam dwie stacje dalej czyli na Wschodzie, a jeszcze później nie przechodziłam mostu, bowiem już jeździliśmy samochodem, co więcej wybudowano w końcu drugi most i częściej nim wjeżdżamy do Torunia, a z niego już nie widać Starówki. Tymczasem teraz, kiedy Małżonek w pracy a Potomstwo hen daleko, mogę sobie pospacerować po mieście, bez stresu, że trzeba zaraz jechać do szkoły by je odebrać. Więc się przeszłam po moście i stwierdziłam, że panorama Starówki wygląda pięknie bez względu na pogodę – nawet kiedy mży a niebo zasnute jest chmurami. Dlatego nie próbowałam w żaden sposób upiększać tych zdjęć.dsc03901dsc03900dsc03899

 

Reklamy
Opublikowano atrakcje Torunia, spacery | Otagowano , , , , , | 1 komentarz

Inowrocław

Pierwszy raz pojawiłam się w tym mieście niedługo po diagnozie. Konkretnie to była pierwsza wizyta u Narzeczonego po tym, jak zostałam zdiagnozowana. Nie pamiętam, czy przyjechałam tam w listopadzie czy w marcu, w każdym razie w zupełnie nieturystycznym miesiącu. I pamiętam, że dzień był dżdżysty, taki z gatunku tych, co to głupio się z parasolem wygląda, bo przecież nie pada, ale po paru godzinach spacerowania człowiek przemoknięty jest do suchej nitki. Pamiętam, że właśnie ta aura sprawiła, że wilgocią nasiąkł mój aparat fotograficzny. Przede wszystkim jednak pamiętam, że to tamta wizyta w Inowrocławiu mnie uspokoiła. Nie wiem, czy to kwestia tego, że potrzebowałam gdzieś wyjechać, gdzieś gdzie nigdy wcześniej nie byłam, czy jednak mam coś z tarczycą i potrzebowałam jodu, grunt, że nie raz jeszcze chętnie do Inowrocławia wracałam,kojarzył mi się bowiem z wyciszeniem, z uspokojeniem.

Problem w tym, że Małżonek jakoś mało chętny jest wyjazdom z Dziećmi (bez Dzieci zresztą też) a ja sama z dwójką niekoniecznie daję sobie radę. Bo jednak przy dwójce nadaktywnych trudno o wyciszenie. Nawet w parku solankowym Inowrocławia. Jednak wczoraj, korzystając z faktu, że wyjechali na wakacje wszyscy nasi podopieczni postanowiłam wybrać się znów do Ino. W poszukiwaniu uspokojenia. I nie ważne, że na pierwszy pociąg nie wstałam (przecież jak wyjazd ma być przyjemnością, to nie mogę jechać niewyspana), na drugi nie zdążyłam (bo przecież Małżonkowi obiad wypada przygotować) a na trzeci musiałam się pofatygować na inny dworzec. Nie ważne, że się trochę po ciemku pogubiłam wracając z parku. Wiem jedno – gdybym nie pojechała na tę wycieczkę, długo bym sobie tego darować nie mogła. A tak mogłam sobie pospacerować w aurze takiej, jaka była gdy byłam za pierwszym razem, pooddychać jodem (skoro nie ma mrozu solanka w tężniach się sączy) i nacieszyć oczy kiczowatymi pięknymi iluminacjami. I dodatkowo kupić sobie na pamiątkę wizyty piękną filiżankę do kawy… która nie jest pamiątką z Chin.

Opublikowano podróże małe i duże | Otagowano , , , , , | Dodaj komentarz

Kindersztuba vs. życie

Wsiadam do autobusu. Tam sztuczny tłok, czyli ludzie stoją i się tłoczą, siedzenia pozostają puste. Jedzie kilkoro dzieci w wieku ok. 10 lat wraz z opiekunkami, kilka starszych pań i ja. Przynajmniej tak wygląda to w okolicach środkowych drzwi. Dzieci grzecznie stoją, staruszki i Sarasti takoż. Staruszki jechały jeden przystanek, ja dwa i tak naprawdę jak się ma lat 60+ ewentualnie nosi się rozmiar XXXXXL to siadanie tylko po to żeby za chwilę wstać jest bardziej wyczerpujące niż stanie przez kilak minut minut. W końcu – po informacji dorosłych starszych i grubszych pasażerów, że dziękują, postoją oraz za namową opiekunów dzieci zajęły wolne miejsca. A mnie się tak ich trochę szkoda zrobiło, bo uczą je, że trzeba ustępować, że dziecko stoi a starszy siedzi itepe itede itepe, więc (przynajmniej jak długo są pod opieką) starają się zachowywać tak, jak ich uczono. A tu co? Nikt nie docenia ich gestu. No dobra, własnych stawów kolanowych było mi bardziej szkoda niż tych dzieci, więc też nie skorzystałam z ich uprzejmości. Co więcej, ucieszyłam się jak w końcu usiadły, bo niepotrzebny tłok w autobusach i tramwajach mnie irytuje.

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , | Dodaj komentarz

[*]

dsc03895

Obrazek | Opublikowano by | Otagowano , | Dodaj komentarz

Przygotowania do wyjazdu

Nadszedł wyczekiwany przez Dzieci (i Rodziców) czas ferii zimowych. Dzieci odpoczną sobie od szkoły, Rodzice – o ile nic nie stanie na przeszkodzie – od Dzieci. Przynajmniej Rodzice moich Dzieci mają nadzieję odpocząć choć chwilę od Potomstwa. Zanim jednak ta szczęśliwa chwila nastanie, trzeba Dzieci spakować. No to pakuję, zgodnie z tym, co sugerują na karcie wyjazdu: bieliznę osobistą w stosownej ilości, ręczniki, przybory toaletowe, dresy, koszulki z krótkim rękawem, bluzki z długim rękawem, kapcie, klapki na basen, klapki pod prysznic, obuwie sportowe do ćwiczeń, obuwie sportowe do tańca, strój dyskotekowy, swetry, polary, czapki, szaliki, rękawiczki, dwie pary obuwia zimowego, ubranie, które ochroni dziecko przed zimnem podczas zabaw na śniegu… Ubranie, które ochroni dziecko przed zimnem podczas zabaw na śniegu??? Wyglądam przez okno – mokro, ale nie biało. Na wszelki wypadek sprawdzam w góglach prognozę na najbliższe dni i widzę temperatury od 1 do 5ºC. Czyli wygląda na to, że hotel lub organizator ma na stanie armatki śnieżne. Fajnie, może wpadnę do niech w odwiedziny i też się z nimi pobawię…

Opublikowano podróże małe i duże | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Prokrastynacja

Prokrastynacja to jedno z moich licznych drugich imion. Ze wszystkim zwlekam do ostatniej chwili praktycznie już od urodzenia. Chociaż nie, z narodzinami nie zwlekałam do ostatniej chwili, urodziłam się jakiś tydzień jak nie dłużej po planowanym terminie. Nie wiem czy to zaliczyć do wrodzonego lenistwa czy przemyślności, bowiem dzięki temu „spóźnieniu” jestem o rok młodsza.

Tak więc co do narodzin to może jeszcze rzeczywiście nie Prokrastynacja (skoro to moje drugie imię to chyba logiczne, że z wielkiej litery, prawda?), ale już później to tak. Czasów przedszkolnych i wczesnoszkolnych nie pamiętam, ale druga część podstawówki to czytanie zamiast sprzątania (cóż zrobić, do dziś nienawidzę sprzątać), gotowanie/pieczenie/sprzątanie zamiast nauki, rozpoczynanie nauki o coraz późniejszej porze. Normalni studenci podczas sesji to chudli, bo zamykali się gdzie mogli i wkuwali. Ja tyłam, bo jak się miałam uczyć to się robiłam głodna. Robiłam kanapkę, jadłam kanapkę i się uczyłam. Zjadłam kanapkę i odnosiłam talerzyk, w kuchni robiłam sobie drugą kanapkę. I w tych krótkich przerwach na jedzenie się uczyłam. I w sumie nie wiem, jak to zrobiłam, że studia skończyłam, acz pracę magisterską oddałam dwa dni przed obroną i nie do końca byłam pewna, czy za te dwa dni to ja się będę bronić czy nie.

Kiedy się urodziło Potomstwo (o czasie, bo tak zaplanowane zostało) to jakieś inne moje drugie imiona wyszły na prowadzenie, bo trudno odwlekać przyszykowanie Dzieciu jedzenia czy zmiany pieluchy jak to wrzeszczy. Odkładanie przygotowań do ślubu/chrzcin to już wina choroby, bo przecież trudno uznać, że jeszcze zdążę się przygotować do ślubu, a tymczasem sobie w szpitalu poleżę. To lekarz zdecydował, nie ja.

Teraz znów się moja Prokrastynacja odzywa, kiedy mam iść do lekarza. Jeśli nie wyję z bólu, to może następnym razem, to się zobaczy, to może przejdzie. I trochę obawa, co będzie, jak w końcu pójdę do tego lekarza, a on stwierdzi: to trzeba wcześniej było, bo teraz to już za późno. Cóż, w końcu przypadkiem udało mi się umówić na tę wizytę (jedną z trzech, jakie powinnam odbyć), więc może wkrótce się dowiem. Tymczasem zaś kończę, bo właśnie wychodzę z Dzieciem do dentysty. Mam nadzieję, że zdążymy…

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Makaron zapiekany z jabłkami

Zasadniczo moja kuchnia nie jest kontynuacją kuchni mojej matki. Gotuję cokolwiek lżej, mniej smażę, używam zdecydowanie mniej cebuli, wiele rzeczy, które często bywały w domu rodzinnym mi się przejadło, no i trochę ciekawa jestem nowości, których u mnie brakowało. Czasami jednak pewne porzucone pomysły wracają. Kiedy więc po tym jak kupiłam Spatzle a Małżonek się skrzywił bo mu ten makaron do rosołu ani nigdzie indziej nie pasuje i jak zorientowałam się, że w domu jest trochę dużo renety a szarlotki nie mam w planach przypomniałam sobie o takim daniu jak makaron zapiekany z jabłkami. Nie chciało mi się jednak dzwonić do rodzicielki z prośbą o przypomnienie co tam ma być, nie chciało mi się też przekopywać sieci, zrobiłam więc wedle tego, co sobie przypomniałam z dzieciństwa i wczesnej młodości.

Makaron zapiekany z jabłkami

(składniki na 2 keksówki)

1 opakowanie makaronu (nie muszą być Spätzle, może być grube spaghetti czy tagliatelle)

6-7 szarych renet (lub innych winnych jabłek)

5 jajek

4-5 łyżek cukru trzcinowego (można więcej, jeśli ktoś woli słodsze, można mniej jeśli się użyje jabłek słodkich zamiast winnych)

1 duży cukier waniliowy (nie mylić z wanilinowym) albo ziarenka z jednej laski wanilii

2 – 3 czubate łyżki cynamonu

1. Makaron ugotować w lekko osolonej wodzie.

2. Jajka rozbić rózgą z cukrem i cukrem waniliowym.

4. Jabłka umyć, obrać pokroić lub utrzeć na plasterki.

5. Wszystkie składniki dokładnie wymieszać, całość przełożyć do wysmarowanych masłem keksówek. W razie konieczności wcześniej keksówki wyłożyć papierem do pieczenia.

6. Piec w temp. 180 st. C ok. pół godziny.

7. Można podawać na ciepło lub zimno, pokrojone w grube plastry.

wp_20190109_22_41_28_pro

Opublikowano obiady i kolacje | Otagowano , , , , , , | Dodaj komentarz

Samochody autonomiczne

Ostatnio gdzieś pisali, że samochód, który teraz kupujesz to twój ostatni samochód, bo za 10 lat będą nas wozić samochody autonomiczne, które będzie się wypożyczało. Teoretycznie mnie, kalekę bez prawa jazdy taki news powinien cieszyć, w końcu będę mogła wsiąść do samochodu nie martwiąc się czy ma mnie kto podwieźć. Teoretycznie, ja bowiem jestem pieszym z zamiłowania, co oznacza, że tam gdzie mogę, to chodzę, gdzie nie mogę – biorę taksówkę. Czemuś sztuczna inteligencja zawsze mnie cokolwiek przerażała, mam bowiem świadomość, że jak się taka rozwinie to robi się nieprzewidywalna dla ludzi. Co więcej co raz natykam się na wygłaszaną przez sztuczne inteligencje wolę wybicia ludzi, więc siłą rzeczy wieści o autonomicznych pojazdach, które mają zastąpić te, kierowane przez ludzi przerażała mnie od kiedy tylko przeczytałam jak Elon Musk snuje takie plany.

Tymczasem okazuje się, że samochodów autonomicznych powinnam się zacząć obawiać niezależnie od tego, jakie owe pojazdy będą miały intencje do przedstawicieli mojego gatunku.  Zanim bowiem samochód autonomiczny zacznie samodzielnie przewozić ludzi, zwierzęta i towary należy go jakoś zaprogramować na okoliczność pojawienia się w sytuacji kolizyjnych. Prowadzono więc w wielu krajach sondaże, jak samochód się powinien zachować w trudnych moralnie sytuacjach typu: życie ludzi vs. życie zwierząt (czyli przejechać psa czy omijając go rąbnąć w drzewo ryzykując zabicie pasażerów) czy życie pasażerów vs. życie pieszych. Wyniki ankiet w różnych krajach były różne, w Polsce okazało się, że większość jest za tym, żeby jeśli trzeba dokonać wyboru: życie pieszego czy życie pasażera wybrać życie pasażera. Wynik nie powinien dziwić, wszak wyroki za potrącenie pieszego nawet na przejściu dla pieszych, kiedy pieszy ma zielone światło są na ogół niskie i najczęściej w zawiasach. Jeśli więc miało by się tak stać, że wola ludu polskiego zostanie wzięta pod uwagę i faktycznie tak zaprogramują samochody, żeby chroniły pasażerów nawet kosztem pieszego… to zginę pod kołami autonomicznego samochodu, bowiem ze spacerów – jak długo jestem w stanie chodzić – rezygnować nie zamierzam. No, ale warto być dobrej myśli – może w ogóle nie dożyję tych autonomicznych samochodów, więc nie mam się czego z ich strony obawiać.

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Szybkowar

Kobieta, która ma wszystko… zrobić w domu sama, ale nie daje sobie z niczym rady, kupiła sobie (w sklepie stacjonarnym) szybkowar, żeby choć obiad gotował się trochę której a rachunki za gaz były ciut niższe.

Zakup szybkowara był w sumie spontaniczny. Była promocja – za odpowiednią ilość naklejek szybkowar był o połowę tańszy. Tak z lenistwa nigdy nie sprawdzam, czy rzeczone rzeczy faktycznie gdzie indziej kosztują dwa razy drożej – po prostu jeśli regularnie robię zakupy w jakimś sklepie to mi się dostają naklejki i zbieram je bez względu na to, czy zamierzam wykorzystać czy nie i zastanawiam się czy ta „o połowę niższa cena” to jest cena jaką jestem w stanie zapłacić za daną rzecz. Poza tym akurat zepsuł mi się piekarnik i generalnie były problemy z prądem w domu wiec wiedziałam, że upiec cokolwiek nie prędko będę mogła. Czynnik trzeci – kończyła się promocja związana z maskotkami, których Dzieciom nie zamierzałam kupować, ale skoro Potomstwo miało album to zbierało do niego naklejki, więc zakup takiego szybkowara to była szansa na kilka dodatkowych naklejek w ostatniej chwili. Dlatego szybko obejrzałam sobie w sieci z czym się je taki szybkowar czy raczej co z niego się je, poczytałam o przewagach stalowego nad aluminiowym (ten z promocji był stalowy) i co więcej znalazłam książeczkę z przepisami na dania z szybkowara. Czyli decyzja o zakupie zapadła szybko i równie szybko została zrealizowana. Schody zaczęły się w domu. Szybkowar, którego stałam się właścicielką należy nie do tych, do których pokrywkę się przykręca. Ja cokolwiek wygiętą pokrywkę muszę włożyć do garnka a potem przy pomocy stosownego wihajstra (zgubiłam już instrukcję, a stosownych nazw nie pamiętam, więc z niemiecka zapytuję: wie heisst er? i już wszyscy wiedzą o co chodzi) podciągnąć w górę jednocześnie rozprostowując. Tak więc po kilku godzinach ćwiczeń, kiedy opanowałam wyjmowanie pokrywki ze środka garnka i wkładanie jej tam z powrotem, wiedziałam już, że paragon mogę wyrzucić bowiem szybkowaru do sklepu nie zwrócę.

Jak dotąd ćwiczyłam na nim głównie zupy, bo to jest dla mnie najważniejsze. Jeśli Dzieci odbieram ze szkoły pół godziny przed końcem pracy Małżonka, to przynajmniej wiem, że zupa będzie szybko gotowa i Potomstwo może poczekać a nie podjadać przed obiadem. Testowałam też żeberka, ale chyba wolę te z piekarnika… ale jak ceny prądu poszybują w górę, to kto wie czy mi się priorytety nie zmienią. W każdym razie jestem zadowolona, nawet bowiem jeśli nie używam swojej nowej zabawki zgodnie z jej przeznaczeniem, to i tak z garnka korzystam często – solidny, gruby i w dodatku mam pewność, że jak coś przypalę, to po prostu mogę go porządnie wyszorować a nie – jak w przypadku tych nowomodnych garnków z różnymi superhiper powłokami nieprzywieralnymi – wyrzucać.

Opublikowano obiady i kolacje | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Święto Trzech Króli

…było wczoraj. Dla pracujących – pechowo, bo to mało to przyjemne jak dzień wolny od pracy nie będący Zielonymi Świątkami wypada w niedzielę. Dla mnie – w porządku, niedziela jak niedziela. A nie, trochę więcej niż „jak niedziela”, bo nie w każdą niedzielę pojawiają się na Rynku królowie-giganci (rok temu też byli, więc mam nadzieję, że i za rok ich nie zabraknie) i nie w każdą niedzielę można obejrzeć miniaturowe szopki, z których jasno wynika, że Jezus narodził się w Toruniu. Co więcej, że już wówczas takie budowle jak Krzywa Wieża i parę innych już istniało.

Dodatkową atrakcją obchodów święta Trzech Króli był koncert. Wystąpił Mateusz Ziółko. Z muzyką od dawna nie jestem na bieżąco, ale od paru lat oglądam program Twoja Twarz Brzmi Znajomo, więc wokalista jest mi znany z tego, że zwyciężył w ostatniej edycji. Chociaż to nie jemu kibicowałam, to i tak uważam, że wygrał zasłużenie. Śpiewał parę swoich kawałków, parę coverów (tak mniej więcej pół na pół), nie gwiazdorzył, nie śpiewał z playbacku, po koncercie selfie z fanami robił – czyli było energetycznie, było sympatycznie… powiedziałabym, szkoda że tak krótko, ale ciut zmarzłam, więc lepiej krótko niż miałabym się ja czy Potomstwo przeziębić.

Oczywiście, jak człowiek chce ponarzekać, to zawsze znajdzie powód, więc powiem czego mi zabrakło na koncercie – „Still loving you” Scorpionsów, którym wygrał jeden z odcinków TTBZ. Tylko koncert był tak udany, że ten „brak” uświadomiłam sobie już po, kiedy wracałam do domu.

No, i już sobie uzupełniłam koncert o brakujący kawałek więc z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że nie mam absolutnie żadnych zastrzeżeń.

Opublikowano święta | Otagowano , , , | Dodaj komentarz